Wyprawa autostopem po świecie może być i owszem wspaniała i ekscytująca. Warto jednak wiedzieć, że niebezpieczeństwa mogą czyhać w najmniej oczekiwanych miejscach i momentach. „Miłość, szczęście i marzenia" - taki był projekt i gdyby nie pewne wstrząsające chwile grozy z jakim przyszło się zmierzyć Przemkowi Skokowskiemu w Iranie, to zapewne nie trzeba byłoby dodawać do tego elementów horroru.

 

Nasi stali czytelnicy pamiętają zapewne, jak w maju pisaliśmy o podjęciu przez Przemka Skokowskiego kolejnego etapu realizacji jego życiowej pasji - podróżowania autostopem. Aktualny projekt to: „Miłość, szczęście i marzenia". Plan był taki:

„Planuję wyruszyć z Przemyśla 16 lipca i tego samego dnia dotrzeć do Lwowa. Po dwudniowym zwiedzaniu Lwowa wyruszę do Kijowa, gdzie chciałbym spędzić 2 dni poznając miasto. Następnie 1 dzień na podróż do Odessy i kolejny na obejrzenie jej zabytków. Z Odessy planuję ruszyć na Krym gdzie spędzę 4 dni m. In. zwiedzając Sewastopol. Z Sewastopola planuję przedostać się do Rosji promem. Z przystani chciałbym w ciągu dwóch dni dostać się do podnóża najwyższej góry Europy - Elbrus i poświecić kolejne 4 na aklimatyzację i jej zdobywanie. Po wejściu na szczyt przez Czeczenię lub Dagestan skieruję swe kroki do Gruzji, gdzie spędzę cztery lub pięć dni jeżdżąc od miasta do miasta oraz poświęcę dwa dni na zwiedzane Tbilisi. Następnie przejadę do Azerbejdżanu i Baku. Stamtąd Ruszę prosto do Teheranu. Spędzę prawdopodobnie od 7 do 10 dni na poznawaniu kultury Islamu, po czym przez Azerbejdżan przejadę do Turcji. W Turcji przez tydzień planuję zwiedzać najważniejsze zabytki oraz zgłębić jej historię i kulturę. Z Turcji pojadę prosto do Sofii na dwa lub trzy dni. W drugiej połowie września planuję zobaczyć Bałkany czyli Kosowo, Sarajewo, Mostar i Belgrad. Na koniec mojej podróży odwiedzę Budapeszt, Bratysławę oraz Wiedeń, skąd będę kierował się bezpośrednio do Krakowa lub Warszawy".

Reklama

Śledząc na bieżąco relacje Przemka z podróży można stwierdzić, że bardzo konsekwentnie realizuje swój plan. Dotychczasowe przygody miały raczej wydźwięk pozytywny. I było tak aż do 48 dnia wyprawy. Poniżej przedstawiamy fragmenty dość ekstremalnych przeżyć naszego, jakby nie było, bohatera.

 

Dzień 48

„Wczoraj dojechaliśmy do obrzeży Teheranu, gdzie mój kierowca miał mieć rozładunek. Niestety dojechaliśmy tam dopiero o 23, więc wszystko było pozamykane. Po upewnieniu się, że jutro po rozładunku będzie się kierował w stronę centrum postanowiłem zostać z nim na noc, ponieważ europejczyk spacerujący nocą po południowym Teheranie wzbudzałby co najmniej sensację i niezdrowe zainteresowanie spacerujących czy też leżących w kontach uzależnionych od opium.

Kierowca zatrzymał się miedzy wielkimi hangarami i bramami wjazdowymi na tereny różnego typu przedsiębiorstw. Na początku myślałem, że będziemy spać w kabinie, ale okazało się, że plan jest inny. Irańczyk wyciągnął dywan, dwa koce i poduszki i przygotował posłanie na ziemi pod murem. W pierwszym momencie byłem nieco zdziwiony, ale w sumie w Iranie, spanie na ulicach jest całkiem normalne, wiec postanowiłem zaryzykować kładąc się w pełnym ubraniu i z gazem na wierzchu. Przykryłem się i spać.

 

I o 1 w nocy rozpoczął się najgorszy dzień mojego autostopowego życia.

W pewnym momencie coś mnie obudziło. Otwieram oczy i czuję, że facet mnie obejmuje. Wstaje jak oparzony odwracam się i widzę, że facet leży rozebrany do rosołu dłonią przykrywając swoje berło. Wyrwała mi się wiązanka przekleństw w ojczystym języku i widzę jak typ wstaje. Myślę sobie "Co za pederasta! Trzeba wyrwać chwasta!" dlatego obaliłem typa na ziemię i zgarnąłem kluczyki do maszyny.

Otwieram drzwi do kabiny, wchodzę i biorę plecak. W tym momencie usłyszałem za sobą dźwięk osoby wchodzącej po schodkach do kabiny. Odwracam się, a tam mój kierowca wciąż nagi, wspina się wściekły do kabiny z typowym nożem kuchennym. Szybko ustawiłem się tak, że między nim a mną znalazł się mój plecak i po prostu wypchnąłem go z kabiny razem z plecakiem, którego ciężar sprawił, że mój przeciwnik potknął się i wypadł z kabiny.
Zyskałem dokładnie dwie sekundy w ciągu, których sięgnąłem po gaz. Gdy tylko zobaczyłem, że Irańczyk ponownie zaczął wskakiwać do kabiny, wyciągnąłem rękę z gazem i z odległości dosłownie 50 centymetrów strzeliłem mu gazem po oczach. I Wtedy wydarł się tak przerażająco, że aż mnie ciarki przeszły. Ponownie go wypchnąłem używając tym razem nogi, zatrzasnąłem drzwi i wyskoczyłem z drugiej strony. Obiegłem przód ciężarówki, żeby wziąć plecak i uciekać, ale mój przeciwnik mimo, że darł się w wniebogłosy i pocierał oczy, to wciąż trzymał w ręku nóż. Gdy tylko usłyszał, że zabieram plecak zamachnął się nim na ślepo i mało co nie trafił.
Nóż dosłownie o centymetry minął rękę, którą sięgałem po plecak. Cofnąłem się szybko i znowu użyłem gazu. Tym razem z większej odległości i opróżniłem puszkę do samego końca. Wtedy mój przeciwnik wypuścił nóż i desperacko krzycząc wycierał oczy i zaczął zbliżać się do drzwi do kabiny (...)

No ale to nie koniec tego paskudnego dnia, a jedynie jego początek.

Gdy tylko na ulicach pojawili się ludzie wyszedłem z ukrycia i dotarłem do głównej ulicy. Tam wziąłem taksówkę i po krótkiej rozmowie okazało się, że do centrum jest ponad 40 km, więc postanowiłem podjechać tylko do jakiegoś większego skrzyżowania i tam łapać stopa.

I się w sumie szło całkiem łatwo mimo, że były to tak naprawdę obrzeża wielkiego miasta.

Już po nieco ponad godzinie Teheran miałem za sobą i byłem na trasie do Armenii, która miała być kolejnym przystankiem mojej podróży.
Gdy dojechałam do Karaj, to postanowiłem sobie zrobić przerwę na śniadanie. Kupiłem wodę, chleb i pomidory i położyłem się w cieniu, żeby odpocząć.

W pewnym momencie dosiadł się do mnie młody Irańczyk, który był strasznie ciekawy tego co robię w jego mieście. Oczywiście nie mówił po angielsku, więc nasza rozmowa ograniczała się do rysowania i pokazywania tego co robię. Na pewnym etapie tego całego tłumaczenia postanowiłem ubrać plecak i pokazać mu jak łapię stopa. Schylam się po plecak i podnoszę się zarzucając go na plecy i wtedy bum! Jak żem łbem przydzwonił, to mi się ciemno przed oczyma zrobiło. Ale stoję. Upewniam się, że generalnie nie boli aż tak mocno i patrzę w co uderzyłem. Moim kolejnym przeciwnikiem tego dnia okazał się znak "ustąp pierwszeństwa". Zły na swoje niechlujstwo i ślepotę poczułem coś na nosie. Zrobiłem zeza zbieżnego i zobaczyłem, że na nosie mam krew. Po chwili to samo uczucie na skroniach. Zez rozbieżny i okazało się, że krew cieknie mi po skroniach. Dotykam lekko ręką włosów i okazuje się, że są całe we krwi.
W pierwszym momencie panika, bo krwi naprawdę dużo, a fakt, że leciała mi z głowy nie napawał optymizmem. Na szczęście już kiedyś miałem rozwaloną głowę i wiedziałem, że generalnie w tego typu ranach, jest po prostu dużo krwi i jeżeli uderzenie było mocne, to grozi wstrząs mózgu.

Szybko uklęknąłem przed plecakiem i wziąłem sie za wyciąganie apteczki. Chciałem, żeby obecny przy mnie Irańczyk mi pomógł ale generalnie był blady na twarzy i z tego co tłumaczył bał się krwi. Kląłem pod nosem. Dałem mu aparat, żeby zrobił zdjęcie i mi pokazał jak źle to wygląda.

Po spojrzeniu na zdjęcie nie wyglądało to dobrze ale szybko stłukłem lusterko i użyłem dwóch zwierciadeł, żeby rozgarnąć włosy z rany. Następnie obficie spłukałem ranę wodą utlenioną, nakleiłem prowizoryczne szwy i próbowałem zatamować krwawienie. Po 5 minutach ciągle krwawiło, więc się zapytałem czy może zadzwonić po karetkę, ale okazało się, że nie funkcjonują tu takowe i w takich wypadkach jeździ się taxi. Przekląłem i zadzwoniłem do taty, który jest chirurgiem. Na szczęście po kolejnych 5 min krwawienie ustało. Umyłem twarz i lekko spłukałem włosy, ale bałem się dotykać cokolwiek w okolicach rany, żeby znowu jej nie otworzyć dlatego cały czubek głowy miałem czerwony od krwi.

Tak czy inaczej gdy opanowałem już sytuacja postanowiłem sobie zrobić zdjęcie z jeszcze lekko ufajdaną twarzą. Biorę aparat od chłopaka i stanęło mi serce. Irańczyk, prawdopodobnie przypadkiem, skasował mi wszystkie, WSZYSTKIE zdjęcia z wyprawy. No myślałem, że się rozpłaczę. Ubrałem plecak i uważając, żeby go nie zwyzywać poszedłem na trasę.

Totalnie załamany stwierdziłem, że wykorzystałem już swój limit szczęścia na tę wyprawę i postanowiłem kierować się w kierunku domu zanim stanie się coś jeszcze gorszego. I miałem rację."

 

Dzień 49

„400km przed granicą zabrał mnie kolejny kierowca TIRa, który okazał się znać sześć języków: angielski, niemiecki, hiszpański, rosyjski, francuski i arabski. Najbardziej fascynujący w tym jest fakt, że nauczył się tych języków samodzielnie korzystając jedynie z filmów i kaset dostępnych w internecie. Średnio nauka jednego języka zajmuje mu 8 miesięcy, a miał dopiero 31 lat.

Postanowiłem zapytać go jakie ma marzenia i to właśnie to co powiedział zaważyło na wydarzeniach, które miały miejsce na granicy. Okazało się, że mój poliglota ma delikatnie mówiąc negatywny stosunek do rządu i panującego systemu politycznego, który uniemożliwia mu zrealizowanie marzenia, którym jest zwiedzenie krajów, których języki już zna. Wysadził mnie 100km przed granicą, na którą dotarłem już po kolejnej godzinie.

O 2 w nocy zaczęły się problemy. Okazało się, że moje krwistoczerwone włosy wzbudziły zainteresowanie celnika, który postanowił wziąć mnie na szczegółową kontrolę.

Byłem o tyle spokojny, że przechodziłem przez to samo gdy wjeżdżałem do Iranu, ale tym razem było gorzej. Okazało się, że wypakowali cały mój plecak, calutki. Każdą rzecz położyli osobno na wielkim stole. Oprócz tego pojawiły się pytania co mi się stało w głowę itp.

 

I wtedy stało się najgorsze.

Jeden z celników (jak na ironię płynnie mówiących po angielsku) włączył kamerę, na której ostatnią nagraną rzeczą był wywiad z moim kierowcą. Gdy tylko go odsłuchali zaczęła się nerwowa rozmowa. Kto to był? Skąd? Gdzie go spotkałeś? Jak się nazywał?  Skłamałem w odpowiedzi na każde pytanie, bo wiedziałem, że jedyne co mam związane z nim, to kilka ujęć z wywiadem. I wtedy oznajmili mi, że muszą mi skonfiskować kartę. Mało tego zaczęli mnie wypytywać o różnego typu zgody potrzebne na działalność dziennikarską. Oczywiście waliłem głupa, że nie jestem żadnym dziennikarzem, a te wywiady są robione na potrzeby moich studiów.

Chciałem się skontaktować z ambasadą, bo w pewnym momencie zaczęli mi mówić, że za brak takiej zgody można wylądować w więzieniu. Oczywiście w miejscu gdzie mnie przetrzymywali nie było zasięgu. Gdy powiedziałem, że żądam skontaktowania się z ambasadą celnicy stali się jeszcze bardziej szorstcy i po prostu zostawili mnie w pokoju i wracali mniej więcej do 15-20 min, żeby dalej pytać o wywiad z moim kierowcą.

Koniec końców "skonfiskowali" mi całą kartę pamięci, na której miałem wszystkie wywiady przeprowadzone w ramach projektu "Miłość, szczęście i marzenia" i prezenty dla mamy i brata w postaci ręcznie robionych przedmiotów. Po 10 godzinach kończąc zmianę wcisnęli mi pieczątkę do paszportu i wyrzucili na stronę turecką (...)

To tylko fragmenty opisu podróży, które zapewne nakłonią każdego do przeczytania całej relacji, która Przemek Skokowski stara się wprowadzać na bieżąco na swoją stronę: autostopem-przez-zycie.pl
Znajdziecie tam zapiski od samego początku. Oczywiście są one w miarę możliwości uzupełniane, a całość stanowi naprawdę genialną dokumentację z podróży tego młodego człowieka. Poza opisanymi powyżej ekstremalnymi przeżyciami znajdziecie tam też opis tych wspaniałych momentów, których zapewne nic nie jest w stanie przyćmić.

Nasza redakcja nadal trzyma kciuki i z niecierpliwością oczekujemy powrotu Przemka do kraju. Wtedy zapewne przedstawimy Wam podsumowanie wyprawy w pokaźnej pigułce, bo gdzie szukać całości już doskonale wiecie.

Dodaj komentarz
Kod antyspamowy Odśwież