Polskie Koleje Państwowe, bądź po prostu PKP, to instytucja znana większości naszych rodaków. Szczęśliwi ci, którzy nie musieli mieć z nią do czynienia. Zwłaszcza, że zapewne obiady serwuje im kelnerka toples, zaraz po tym jak dowiozą świeży posiłek z Sheratona. Zostawmy ich jednak z tą kelnerką i skupmy się na zbrodniczej organizacji, jaką jest nasza kolej.

 

Co jakiś czas w życiu przychodzi moment, że trzeba zwyczajnie gdzieś pojechać. Nie ma w tym nic niezwykłego. Podróże w ramach wakacji, nauki, czy pracy to sprawa oczywista i powszechna jak tlen. Setki, tysiące, a nawet dziesiątki tysięcy ludzi przemieszczają się każdego dnia po naszym kraju niemałych rozmiarów, część właśnie przy pomocy kolei. Jest to środek transportu potencjalnie bezawaryjny i bezpieczny, a przy tym stosunkowo tani. Ma jednak wiele wad, które z pewnością wszyscy znają. Jedną z nich jest terminowość – tak nieznana spółce PKP Intercity. Przejdźmy jednak do rzeczy, by niepotrzebnie nie przedłużać.

 

Reklama
 

 

Witaj przygodo

Odkąd pamiętam ciężko mówić o jakiejkolwiek renomie polskiej kolei. Przestarzały tabor, infrastruktura uniemożliwiająca poruszanie się kolejom wysokich prędkości, zarzygane dworce i notoryczne opóźnienia – od zawsze właśnie z tym kojarzyłem PKP. Do tego można dołożyć jeszcze przypadki występujące trochę rzadziej, jak chociażby ludzie pogryzieni przez znajdujące się w przedziałowych siedzeniach krwiożercze pluskwy, czy Reni Jusis, której ostatnio dobrze znany wszystkim pan od firmowych wafelków i gorących napojów wylał wrzątek na stopę. I o ile dwie ostatnie kwestie można jeszcze rozpatrywać w kwestii nieszczęśliwego wypadku, o tyle problem tkwi niezmiennie w całej reszcie. No… może dworce się trochę poprawiły, choć dalej śmierdzi na nich publicznym szaletem.

Los tak chciał, że przyszło mi ostatnio sporo podróżować, a że jestem szczęśliwym posiadaczem zniżki studenckiej, to PKP jest zwyczajnie najtańszym wariantem. Mogłem wybrać autobus, ale zgodnie z rozkładem kolej jedzie krócej, a zgodnie ze stanem konta jest też lepsza dla portfela. No i się doigrałem.

Wszystko zaczęło się bardzo niewinnie. Pociąg jadący z Gdyni miał już 10 minut opóźnienia w Gdańsku. Nie żebym się akurat spieszył na niego, a później zgrzany czekałem na peronie. Ostatecznie przyjechał spóźniony tylko 20 minut. „Może na starcie jakiś problem, nic wielkiego” – pomyślałem. Nie jechałem też pierwszy raz, więc w zamyśle miałem nawet godzinne opóźnienie, myśl o którym przyjmowałem z uśmiechem na twarzy. Pociąg leniwie wtoczył się na stację, odnalazłem swój wagon i wsiadłem. Ku mojemu zaskoczeniu – były w nim przedziały. Na bilecie natomiast widniała informacja o wagonie bez przedziałów. Znalazłem jednak miejsce odpowiadające numerowi na bilecie, a więc skoro się wszystko inne zgadza, to nie ma problemu. Tak przynajmniej mi się wtedy wydawało.

Szybko okazało się, że wagon z przedziałami posiada mniej miejsc siedzących, zatem znalazło się sporo osób, które posiadały wykupione bilety na miejsca, których fizycznie nie było w pociągu. Niezłą atrakcję PKP im zafundowało, trzeba przyznać. Konduktor natomiast przeprosił za zamieszanie i poprosił wszystkich zagubionych o poszukanie sobie wolnego miejsca. „Obsługa na iście europejskim poziomie” – zakpiłem w myślach. Pomylenie jednak dwóch różnych wagonów przy montowaniu składu to ciągle nic. PKP Intercity zapomniało bowiem dołączyć jeszcze jeden wagon! Bądź też sprzedawali bilety do niego, wiedząc że i tak nie pojedzie. W ich przypadku jest to wielce prawdopodobne. Hajs się przecież zgadza. Zbłąkanych dusz było zatem jeszcze więcej. Jak poinformował nas później „pan wafelkowy”, pociąg był przeładowany i to nie o kilka osób, a o znacznie więcej, bowiem ponoć jechało nim 150% pasażerów. Jak się zatem okazuje, obowiązkowa rezerwacja miejsc jest niewystarczająca dla przewoźnika, do określenia liczby podróżujących i dostosowania taboru. Biletów można sprzedać więcej, bo a nuż się ktoś rozmyśli.

 

Jedziemy dalej

Zgodnie z planem podróży pociąg miał jechać niecałe 5 godzin. Założyłem godzinne opóźnienie, które jest przeważnie wliczone w cenę biletu, więc 20 minut na starcie i 40 minut po około jednej trzeciej trasy nie było dla mnie większym zmartwieniem. Poza tym w sieci widniała informacje o możliwych opóźnieniach na tym odcinku, z powodu rozbudowy dworcowych toalet.

Czas leciał nieubłaganie i planowo dobiegał już końca, a my dalej byliśmy 150 kilometrów od celu podróży. Policzyłem sobie na szybko, że nawet jeśli pociąg będzie jechał miejscami z prędkością 150 km/h, to i tak spóźnienie wyniesie koło 1,5 godziny. I tak nieźle.

Pociąg ciął zaspane powietrze na polanie, niczym tasak zmierzający w kierunku kawałka surowego mięsa. Dało się odczuć, że jesteśmy spóźnieni, i że ekipa z PKP robi wszystko, by swoje błędy naprawić. I nagle, zupełnie niespodziewanie, pociąg się zatrzymał. „Jakiś przystanek” – pomyślałem. Jakie wielkie było moje zdumienie, gdy spostrzegłem, że pociąg Intercity zatrzymał się w Żychlinie (też nie wiem gdzie to jest). Minął kwadrans, drugi, trzeci… i nie pojawił się żaden komunikat od obsługi. W korytarzach wagonów dało się jedynie usłyszeć plotkę o tym, że zepsuła się lokomotywa i że czekamy na decyzję kierownictwa – co dalej? „PKP, niedziela, godzina 23” – połączyłem szybko fakty i zrozumiałem, że położenie w którym się znaleźliśmy jest wyjątkowo nieciekawe.

Na peronie obok zatrzymał się pociąg regionalnej kolei, który miał może jedną trzecią wagonów, które posiadał skład Intercity. U nas ludzi było za dużo, a i tam sytuacja nie wyglądała lepiej. Oba pociągi stały w Żychlinie przez pół godziny, bo jak się okazało krótko później – mądre głowy z centrali rozważały przesadzenie nas do drugiego składu, który jechał w tym samym kierunku. Potrzebowali jednak trzydziestu minut by zrozumieć, że większość pasażerów musiałaby zająć miejsca na dachu, żeby to było w ogóle wykonalne. Przysłali więc drugą lokomotywę. Minęło jednak sporo czasu, nim ona przyjechała i została podłączona.

Wyruszając z cudownego Żychlina, którego coś na kształt dworca zwiedziłem z każdej strony, mieliśmy już półtorej godziny opóźnienia zakładając, że do samego punktu docelowego teleportujemy się w przeciągu jednej sekundy. Ciągle jednak do przejechania mieliśmy 100 kilometrów.

Na miejscu byliśmy kilka minut przed godziną 2 (w nocy), czyli jedyne 3,5 godziny spóźnienia. Takich wyników można tylko pogratulować. Mało która firma daje w gratisie aż 70% oferty. PKP nie ma z tym jednak większego problemu i oferują każdemu z podróżnych stosowne pakiety minut, które można wykorzystać na rozmowy z nowopoznanymi ofiarami kolei.

 

 

Czas to pieniądz

Jak mawiali starożytni Indianie – nie ma nic za darmo. Podobnie czas to pieniądz, zwłaszcza dziś, kiedy posiada wysoki koszt alternatywny. Dzięki nadzwyczajnemu prezentowi od Polskich Kolei Państwowych byłem w domu o godzinie 3 nad ranem, zamiast o 23 dnia poprzedniego, co z kolei skutkowało trzema godzinami snu przed rozpoczęciem porannej rutyny i wyjściem do pracy, zamiast sześcioma. Dawno nikt nie zrobił mi lepiej.

Jeszcze w pociągu podany został komunikat, że możemy zaraz po przyjeździe udać się do kas, by uzyskać zwrot części pieniędzy wydanych na podróż. Widząc jednak tę masę ludzi, którzy wysypali się z wagonów pomyślałem – jak wielu z nich – że bardziej opłaca im się pospać tych kilka minut dłużej, niż zapuszczać korzenie wykłócając się o dwie dychy.

Ktoś powie, że to przypadek i się przecież może zdarzyć. Nawet podróżując samochodem można przecież mieć awarię, która znacząco wydłuży czas przejazdu do punktu docelowego. Pełna zgoda, ale PKP miewa takie przypadki bez przerwy, co zakrawa już o rozmyślne działanie, by nie powiedzieć tu o przestępczości zorganizowanej, mafii która kradnie cenne minuty, a nawet godziny życia skazanych na jej usługi.
Pamiętaj tylko, że to Don Kolejone jest tu ojcem chrzestnym i to on składa Ci propozycje nie do odrzucenia. Wsiadasz?

Łukasz Heger

 

Dodaj komentarz
Kod antyspamowy Odśwież