Jak wiele innych aspektów intymności cielesnej - taniec ma długą historię sięgającą aż do naszej zwierzęcej przeszłości. Ujmując to w kategoriach zachowania się, jego głównym składnikiem jest powtarzający się ruch intencjonalny. Większość ruchów tanecznych, jakie wykonujemy, powstała w ten sam sposób, ale u ludzi nie wytworzyła się z nich ewolucyjnie żadna utrwalona forma. Są one natomiast zależne od danej kultury i bardzo zróżnicowane.

 

Przyglądając się pokazom tanecznym różnych ptaków, zauważamy, że na wykonywane przez nie rytmiczne ruchy składają się głównie ruchy początkowo skierowane w jedną stronę, zatrzymanie ich i skierowanie w inną stronę, ponowne zatrzymanie i powtórzenie pierwszej czynności, i tak dalej. Obracając się na boki, przechylając się w przód i w tył lub podskakując w górę i w dół, ptak z zapałem popisuje się przed swoją partnerką. Znajduje się on w stanie wewnętrznego konfliktu, gdyż jeden z popędów popycha go do przodu, a drugi go powstrzymuje. W przebiegu ewolucji rytm tych ruchów intencjonalnych ulega utrwaleniu, a popis staje się rytuałem. Forma tego rytuału jest różna u różnych gatunków i u każdego staje się cechą charakterystyczną dla właściwych danemu gatunkowi wstępnych czynności seksualnych.

Wiele z tego, co robimy tańcząc, to właśnie ruchy intencjonalne sygnalizujące zamiar pójścia w jakimś kierunku, ale zamiast w pełni wykonać to zamierzenie, zatrzymujemy się, cofamy się lub obracamy i zaczynamy od nowa.

W dawnych czasach wiele tańców przypominało małe pochody, w których każda para z powagą trzymała się za ręce i kroczyła po parkiecie, zatrzymując się często, wykonując obrót, a następnie kontynuując pochód w rytm muzyki. Ponieważ wzór ten był zasadniczo wzorem udawania się w podróż, często zawierał on w sobie udane powitania, podczas których partnerzy wykonywali ukłony i dygnięcia, tak jakby się właśnie spotykali po raz pierwszy. Zarówno w tańcach ludowych jak w tańcach dworskich występowały skomplikowane ruchy wirujące oraz schodzenie się i rozchodzenie z udziałem innych par uczestniczących w tańcu.

Przejawy intymności cielesnej w tańcu były tak ściśle ograniczone, że nie budziły żadnych skojarzeń seksualnych. Po prostu umożliwiały tylko ogólne towarzyskie mieszanie się między sobą. Mężczyzna prowadził kobietę po parkiecie ruchem tak wysoce sformalizowanym, że wykluczał on jakiekolwiek niewygodne pytania o to, dokąd ją właściwie prowadzi i w jakim celu.

Reklama

I stało się...

Sytuacja uległa radykalnej zmianie na początku ubiegłego wieku, gdy Europę ogarnęło szaleństwo nowego tańca.

Był to walc. Po raz pierwszy tańcząca para obejmowała się podczas wykonywania ruchów tanecznych, co jako publiczny przejaw intymności wywołało powszechne zgorszenie i wzburzenie. Tak drastyczne przeobrażenie wymagało jakiegoś usprawiedliwienia, którym okazał się znany nam już wybieg. Opisując kontakt ręka-ręka, wspomniałem, że często stosowaną w nim sztuczką jest intymność pod maską pomocy. Wyciągnięcie ręki ma rzekomo na celu podtrzymanie drugiej osoby czy też zapewnienie jej równowagi, podprowadzenie jej albo też powstrzymanie przed upadkiem.

W ten sposób bez obaw można przekroczyć znaczący próg w nawiązywaniu kontaktu cielesnego. To właśnie znalazło zastosowanie w walcu. Na początku był to taniec bardzo szybki i dynamiczny, w którym partnerzy musieli kurczowo trzymać się siebie, aby ich ciała mogły obracać się razem. Był to sposób typu „podtrzymanie" i gdy tylko dzięki niemu walc wkroczył na salę balową, było jedynie kwestią czasu spowolnienie tempa tańca i zastąpienie gestów rzekomej pomocy bardziej czułymi przejawami intymności, związanymi z obejmowaniem się. Nie znając takich rozkoszy, starsze pokolenie uznało to za obrazę moralności. Walc, który dziś uchodzi za taniec staromodny, w pierwszych latach swojego istnienia opisywany był jako „plugawy" i „najbardziej zwyrodniały taniec ostatnich dwóch stuleci".

Wczesnowiktoriański autor kieszonkowego podręcznika bon tonu dla dam poświęcił dziesięć stron frontalnemu atakowi na ten obrzydliwy, nowy przejaw intymności publicznej. Wśród innych uwag czytamy: „Zapytajcie którąkolwiek matkę... czy dopuści, aby córka wpadła w lubieżne objęcia pierwszego lepszego walcującego mężczyzny? Zapytajcie kochanka... czy zniesie widok wybranki swego serca spoczywającej w ramionach innego mężczyzny? Zapytajcie małżonka... czy ścierpi, aby jego żonę obejmował jakiś szczeniak wirujący to na piętach, to znów na palcach?".

Ataki nie ustawały, a niespełna sto lat temu pewien amerykański mistrz tańca w Filadelfii ogłosił, że walc jest tańcem niemoralnym, ponieważ w trakcie jego wykonywania dżentelmen obejmuje damę, którą być może dopiero co poznał. Jednakże nieprzyzwoity walc wygrał tę bitwę i niepodzielnie zapanował na parkiecie, stając się zwiastunem wielu innych tańców wymagających pełnego objęcia frontalnego. Te nowe tańce wywoływały kolejne pomruki niezadowolenia i zgorszenia.

Tango, które w 1912 roku przywędrowało z Ameryki Południowej, także powitano z oburzeniem. Ponieważ taniec ten składał się z „sugestywnych bocznych ruchów bioder", które bystrookim stróżom moralności przypominały ruchy kopulacyjne, został on natychmiast uznany za synonim moralnej zgnilizny.

Gdy tylko przeciwnicy tanga przegrali i tę bitwę, hałaśliwie rozpoczęła się epoka jazzu, a doprowadzeni do wściekłości nauczyciele tańca lat dwudziestych organizowali gorączkowe spotkania, aby omówić to nowe zagrożenie dla ich poczucia przyzwoitości. Formułowali ostre oficjalne protesty na temat tego nowego szaleństwa, zwracając uwagę, że wszystkie owe tańce jazzowe powstały w murzyńskich burdelach.

Chyba najbardziej osobliwy atak na tańce jazzowe pojawił się w artykule prasowym, w którym czytamy, że „taniec i muzyka w tym obrzydliwym kopulacyjnym rytmie zostały sprowadzone do Ameryki z Afryki Środkowej przez gang bolszewików, ażeby uderzyć w cywilizację chrześcijańską na całym świecie".

Od zarania swych dziejów jazz wydaje na świat krzepkie potomstwo, a każde jego dziecko nieuchronnie wprawia świat w zdziwienie i zgorszenie, ponieważ tancerze stosują coraz to nowe odmiany obejmowania się w miejscu publicznym. W latach czterdziestych był to jitterbug, a w latach pięćdziesiątych rock and roll.

Ale potem stało się coś dziwnego. Z jakiegoś powodu, którego chyba jeszcze na razie nie potrafimy zrozumieć, pary rozdzieliły się. W latach sześćdziesiątych obejmowanie się w tańcu zaczęło gwałtownie zanikać. Jeszcze tylko starsze i bardziej stałe pary przytulały się do siebie, kręcąc się po parkiecie. Młodsi oddalili się od siebie i tańczyli stojąc mniej więcej w tym samym miejscu. Początkowo dotyczyło to twista, ale wkrótce objęło zawrotną liczbę możliwości, takich jak hitch-hiker, shake, monkey i frug. Pojawiało się coraz więcej stylów tańczenia, aż wreszcie pod koniec lat sześćdziesiątych sytuacja tak się skomplikowała, że wszystkie one zlały się w jedną, na ogół bezimienną kombinację i stały się po prostu tańcem do muzyki pop.

Wszystkie one miały tę samą cechę - tancerze nie dotykali się. Zmiana ta prawdopodobnie ma związek z wyraźnym wzrostem liberalizmu seksualnego. Gdy w czasach wiktoriańskich młodym parom nie wolno było prywatnie cieszyć się intymnością, obejmowanie się podczas walca miało dla nich wielkie znaczenie, ale przy obecnym rozluźnieniu obyczajów któż przejmowałby się specjalnym kontekstem, który dałby „zezwolenie" na zwykłe obejmowanie się na stojąco? Dzisiejsi młodzi tancerze zdają się publicznie mówić: „Nie potrzebujemy udawać, bo mamy to wszystko naprawdę".

Komentarze  

+1

#1 Michal 2011-05-15 23:57

Proponuje autorowi prześledzić co dalej działo się z Jazzem i tańcami latyno amerykańskimi. Zapraszam na parkiety salsy później na parkiety bachaty i na koniec gdy autor wytrzyma zapraszam na parkiet kizomby. Powstanie nowy artykuł.
Cytować