W kulturze euroamerykańskiej, u nas zresztą podobnie rzecz cała wygląda, a przynajmniej tak wyglądała do niedawna, ostatni wieczór przed ślubem był dla mężczyzny ostatnim dniem wolności, co znaczy, że przedstawiciel płci brzydszej „coś" tracił w wyniku ślubu i społeczeństwo dawało mu się w trakcie wieczoru kawalerskiego wyszaleć.

 

Niech sobie biedaczysko „popuka" i popije, wszak wraz ze ślubem traci dostęp do całej plejady potencjalnych partnerek, będzie odtąd miał żonę i liczne dziatki na karku. Będzie musiał się ustatkować i spoważnieć, co wydatnie odbije się na sferze jego publicznej wolności.

Kobieta natomiast „to coś" w wyniku ślubu zyskiwała, a zatem nie musiała się upijać i kopulować z jakimiś przypadkowymi dżentelmenami przed tak ważkim dla niej wydarzeniem.

 

Co zyskiwała mianowicie?

Rzecz jasna, zyskiwała dostęp do głębokiej sakiewki swojego męża, do jego pozycji społecznej, w odniesieniu do której ustalana była od momentu zawarcia małżeństwa jej własna pozycja, zyskiwała ponadto ważny, ze społecznego punktu widzenia, status żony - wyższy od statusu niezamężnej panny.

Mężczyzna zatem wraz ze ślubem wiele tracił, kobieta wiele zyskiwała.

Dodatkowo, publiczne okazywanie przez kobiety utraty seksualnej wolności w trakcie jakiegoś odpowiednika męskich harców przedślubnych było nie do pomyślenia, albowiem w ten sposób przyznawałaby się publicznie do tego, że przed ślubem w ogóle był jakiś seks.

W wypadku mężczyzn, jak wiadomo, seks przed ślubem był nawet wskazany i był pewną kulturową normą, której istnieniu nikt się nie dziwił. Rytuał wieczoru kawalerskiego i brak odpowiedniego rytuału w wypadku kobiet były zatem jakąś formą zaznaczenia podwójnych standardów w odniesieniu do kobiet i mężczyzn.

Tak to było oczywiście do czasu, kiedy kobiety zdobyły prawo do życia seksualnego przed małżeństwem (w sensie coraz mniej kategorycznego i negatywnego traktowania tego typu kobiecych zachowań) oraz do czasu, kiedy za sprawą coraz częstszej i coraz lepiej opłacanej pracy zawodowej zaczęły wnosić do małżeństwa równie wiele zasobów, co mężczyźni.

I tu, mówiąc kolokwialnie, mamy klops. Okazuje się, że kobiety tracą dziś w małżeństwie równie wiele jak mężczyźni, a cały czas zmuszone są w trakcie „panieńskich pryszniców" siedzieć z babciami i cieszyć z ofiarowanych im przez znajome i krewne garnków. Niedoczekanie!

 

Reklama

 

Rosnąca społeczna siła kobiet oraz ich nowe role w strukturze społecznej wymusiły na Zachodzie przemianę rytuałów, które są nierozłącznie związane z zamążpójściem.

Dlatego w 80. Latach XX wieku pojawiają się wieczory panieńskie, w trakcie których, zamiast siedzieć w mieszkaniu i kontemplować przedmałżeńskie prezenty, kobiety ruszają do centrów miast, aby w miejscach publicznych wyczyniać podobne do męskich harce i swawole.

Skoro nasi przyszli mężowie hucznie i zmysłowo fetują przejście w stan małżeński, czemu mamy być gorsze, jeśli tracimy z grubsza to samo? No i w konsekwencji, bawiące się w trakcie wieczorów panieńskich damy gorsze nie są. Nie mam oczywiście żadnych

Beth Montemurro, studiująca przedślubne zachowania Amerykanek stwierdza, że dzisiejsza, amerykańska wersja wieczoru panieńskiego (bachelorette party) jest antytezą, jaskrawym zaprzeczeniem i odwrotnością „panieńskiego prysznica" (bridal shower). Panna młoda wybiera się wraz z koleżankami i kuzynkami, rzadziej z mamą czy ciotkami, do centrum, obierając kierunek na wcześniej upatrzone i wynajęte w tym celu miejsce publiczne: bar, pub, klub z męskim striptizem.

Chodzi o to, aby panna młoda była w czasie zabawy publicznie widoczna i aby wszyscy wiedzieli, że oto za chwilę zmienia stan cywilny. Nie siedzi bynajmniej w „prysznicowym" zamknięciu, gdzie nikt poza ciotkami i mamą jej nie widzi. Dzieje się to w piątkową lub sobotnią noc - ważne, aby w tym samym czasie odbywała się analogiczna impreza pana młodego.

Dziewczyny lądują w specjalnie wynajętym pomieszczeniu dla VIP-ów, piją koszmarnie dużo (jak na damy), śmieją się do upadłego, gadają o sprawach babskich strasznie głośno, tańczą obłapując się wzajemnie, nagabują jakichś przemykających się w pobliżu przypadkowych mężczyzn.

Z reguły któraś z najbliższych przyjaciółek panny młodej (często po prostu druhna) pełni rolę organizatora rozrywek czy - mówiąc inaczej - szefowej zabawy, która zmusza niepocieszoną główną bohaterkę wieczoru do coraz bardziej zaawansowanych w zakresie wyrafinowania erotycznego igraszek i brewerii. A to ma spijać tequilę z ciała striptizera, lub co gorsza - kelnera, a to całować przypadkowo napotkanych w barze mężczyzn, a to zbierać na swoich majtkach podpisy chłopców, których imię zaczyna się na tą samą literę, co jej własne.

Sympatyczną i lubianą zabawą w Stanach Zjednoczonych jest, zdaniem Montemurro, suck for a buck. Polega mniej więcej na tym, że przypadkowi mężczyźni (swoją drogą od tych przypadkowych mężczyzn roi się w miejscach, gdzie odbywają się bachelorette parties, ogłaszane są w prasie lokalnej, czy co?) zlizują z dekoltu przyszłej panny młodej cukierki za dolara wpłacanego głównodowodzącej zabawy.

Im więcej alkoholu w żyłach, tym ostrzejsze harce. Nie dziwota. Kulminacyjnym momentem wieczoru jest zwykle interakcja ze striptizerem, tudzież ze sporą ich liczbą, zależy to rzecz jasna od majętności i poczynionych przez bawiące się damy inwestycji (najtańszy wieczór panieński odgrywany w tym stylu kosztuje od 75 do 100 dolarów od głowy, odbywa się wcześniej odpowiednia zrzutka, górna granica pieniężna, jak w wielu tego typu imprezach, nie istnieje).

Kiedy panowie pozbędą się już przyodzienia, przy czym wygląda to identycznie jak w wypadku CFNM (wiele sieciowych fotografii tego typu imprez pochodzi zresztą - jak zarzekają się autorzy stron WWW - z wieczorów panieńskich) przychodzi pora na frenetyczne apogeum. Po północy zaczynają się body- shots (drinki pite z ciała striptizera) i blow-job shots (drinki pite wprost z członka tego samego pana). Nie musi jednak do tego dojść i najczęściej nie dochodzi, ponieważ kobiety miewają rozliczne problemy mentalne z zaakceptowaniem swojego udziału w interakcji, której istotną stroną jest mężczyzna majtający na prawo i lewo genitaliami. Mówiąc inaczej, te, które nie są najbardziej zdeterminowane, i te, które nie wypiły za wiele, mają kłopot z czerpaniem z tego typu sytuacji jakiejkolwiek przyjemności.

Mamy tu do czynienia z hiperseksualizacją wszelkich gadżetów dookoła wieczorów panieńskich.

Jest już tradycją, że kobiety wręczają sobie w trakcie wieczoru panieńskiego prezenty.

W Stanach Zjednoczonych są to najczęściej prezenty w kształcie penisów: peni-mydełka, peni-okulary przeciwsłoneczne, peni-termosy, peni-zabawki, takie jak penisokształtna psikawka, bielizna zadrukowana zwielokrotnionymi wyobrażeniami penisa. Jedzą w trakcie wieczoru za pomocą penisokształtnych sztućców, piją przez peni-słomki, pogryzają peni-makaron.

A do tego jeszcze dochodzą książki w rodzaju Tysiąc egzotycznych sposobów muskania penisa, wibratory (trudno przecież, żeby były w kształcie gruszek) i kondomy naciągane w wiadomych momentach na wiadomo co. Słowem, wszystko jest upenisowione lub - jak kto woli - spenisowane. Penisy tam i tu, pod stołem i na stole, wyciągane dla zgrywy z torby w najmniej odpowiednim momencie. Kobiety wykonują szereg czynności związanych z tymi penisokształtnymi przedmiotami: obracają nimi, dotykają ich, jedzą za ich pomocą, ubierają je, zakładają sobie na głowę.

Po jakie licho takie upenisowienie? Czy nie dowodzi to niejakich trudności kobiet z oderwaniem się od najgłówniejszego z najgłówniejszych symboli męskiej dominacji w trakcie wieczoru, który jakoby tę dominację ma w założeniu obalać? Czy nie jest to czytelny symbol kobiecego zdominowania, spod którego nawet w trakcie rebelii wieczoru panieńskiego biedactwa nie mogą się uwolnić?

 

 

Po co kobiety to robią? Czemu służy to przesadne upenisawianie wszystkiego?

Otóż, jest ono najpewniej sposobem naśmiewania się z seksu. Hiperseksualizacją wieczoru panieńskiego powoduje de facto jego deseksualizację. Jeśli tych nieszczęsnych penisów jest wszędzie tak wiele, to nie jest to już podniecające, ale zaledwie śmieszne. Ten humor i żartobliwe traktowanie seksualności (dotyczy to również striptizera, nie tylko gadżetów darowanych pannie młodej) to po prostu minimalizowanie dewiacyjności rozchełstanego i niegrzecznego wieczoru panieńskiego.

Do tej pory damskie spotkania przedślubne tego typu (wychodzimy do centrum, szalejemy, pijemy, obmacujemy przypadkowych panów i mamy jeszcze z tego uciechę) nie mieściły się w normach zachowań grzecznych panienek. No bo cóż te baby wyczyniają: oglądają wspólnie i komentują nieubranego jak należy faceta, pociągają soczek słomkami w kształcie penisów, no straszne rzeczy.

Nietrudno dostrzec, że gdyby kobiety biorące udział w tego rodzaju zabawach traktowały wszystkie te czynności poważnie, to dewiacyjność i społeczna „nieakceptowalność" tych sytuacji byłaby znaczna. Jeśli się po prostu z tego naśmiewają, to dewiacja jest mniejsza i - co najważniejsze - strawna i akceptowalna społecznie.

Jest cieniuteńka linia -trzeźwo zauważa Beth Montemurro - między byciem sexy a byciem wulgarną. Kobiety starają się jej nie przekraczać, nawet jeśli straszliwie się upijają. Ta linia zwykle wyznaczana jest przez poczucie humoru.

Ciekawe, że mężczyznom takiego poczucia humoru w trakcie wieczorów kawalerskich brak. Tam, ujmując to brutalnie, goła baba brana jest na poważnie. Striptizerka jest obiektem seksualnym, traktowanym śmiertelnie serio, striptizer zaś zabawnym i śmiesznym urozmaiceniem wieczoru. Czasami nawet, na przykład w Polsce, urozmaiceniem wywołującym zażenowanie i litość. Obecnie klasyczny, rodzimy wieczór panieński to po prostu coś pysznego do jedzenia, dobre drinki i gadanie do rana. Czasem już po północy wyjście do klubu, żeby sobie potańczyć. Żadnego seksu. Wieczór organizuje druhna: zaprasza gości, zbiera pieniądze na wspólny prezent (często bielizna albo zabieg kosmetyczny w dobrym gabinecie). Nieraz zamawia się striptizera, ale wiele dziewczyn nie chce się na to składać (mówią, że to obrzydliwe i żenujące i nie chcą tego oglądać). Czasem mają rację, bo zdarza się, że striptizer nie jest profesjonalistą. Jest chudy, nieopalony, w tanich majtkach, czasem się wstydzi i przychodzi bez własnej muzyki.

 

Konkurencją dla striptizera na wieczorach panieńskich jest kosmetyczka lub wizażystka, wiele dziewczyn woli to od gołego faceta.

Wygląda na to, że w Polsce wieczór panieński jest specyficznym połączeniem ognia z wodą: spokojnej nasiadówki, takiej jak bridal shower, z gorączką sobotniej nocy z udziałem, czasem chudego i niewydarzonego, striptizera. Polka potrafi! Zamiast dzielić imprezę na dwie odseparowane od siebie części, tnie koszty i konsoliduje przyjemności. Swoją drogą, ta konkurencja dla striptizera w postaci wizażystki czy kosmetyczki to idealny przykład tak zwanego staroświeckiego podejścia do sprawy.

Prawdą jest jednak, że z badań na Zachodzie wynika niezbicie, iż kobiety uczestniczące w wieczorze panieńskim rzeczywiście nie mają ochoty na rozbieranki w wykonaniu obcych ichmościów. W Polsce mamy do czynienia z analogicznymi postawami.

Striptiz męski to widowisko żenujące, nawet jeśli jest profesjonalnie przygotowane, to i tak to pareo, te płaszcze, te miny i te stringi nie kojarzą się dobrze. Raczej trudno kobietom się takimi występami podniecać (szczególnie jak są w małej i niekoniecznie bardzo podchmielonej grupie), bo i tak nie będą z „egzotycznym" tancerzem uprawiać seksu i pewnie niezbyt mądry, skoro się musi rozbierać...

Wieczór panieński z udziałem striptizera to taka mata rewolucja obyczajowa, dokonywana dodatkowo małym kosztem psychicznym. Skoro wszystkie obok mnie wyczyniają tak ewidentne głupoty jak macanie striptizera, to czuję się wyzwolona, choć tak naprawdę nie pozwalam sobie na zbyt wiele.

Kobiety - sugeruje Montemurro - są po prostu ciekawe rozbierającego się mężczyzny i znacznie lepiej, a przede wszystkim z rozmaitych powodów bezpieczniej, zapoznać się z tą kulturową nowością, z tym niezmiernie ciekawym obiektem konsumpcyjnym, w towarzystwie innych kobiet i o porze, kiedy nikt tej amoralnej ciekawości się nie dziwuje, kiedy nikt ciekawskich nie beszta. Jest to powód równie dobry w wypadku mężczyzn, których większość nie ma w zwyczaju codziennie oglądać rozbierających się pań. Lepiej to uczynić w gromadzie podpitych kolegów. Podobnie jak w wypadku gromady podchmielonych dam, gromada przyjaciół na rauszu, równie ciekawskich jak my sami, usprawiedliwia nasze haniebne w innych okolicznościach podglądactwo.

W dzisiejszej kulturze zachodniej, tak w Stanach Zjednoczonych, jak i w Polsce, ślub to swego rodzaju konsumpcyjny spektakl. Ślub jest instytucją, której głównym zadaniem jest zaprezentowanie w należytym świetle statusu pary młodej oraz zdolności ekonomicznych i pozycji społecznej ich rodziców. Nie wystarczy zatem w społeczeństwie materialnego dobrobytu zaprowadzić gości do najdroższego lokalu i najbardziej prestiżowej świątyni.

Przeciętny ślub w naszym kraju to spory wydatek, jeśli brać pod uwagę zarobki Polaków, znacznie odstające od zarobków i zdolności kredytowych Amerykanów. Okazuje się, że coraz częściej, przynajmniej na Zachodzie, rzecz ma się podobnie z wieczorem panieńskim. Jak grzyby po deszczu powstają strony internetowe podające porady na temat urządzenia przedślubnego wieczoru. Strony te są po brzegi wypełnione poradami dotyczącymi miejsc, usług i prezentów, które można wynająć lub nabyć, w celu należytego odprawienia panieńskiej ceremonii. Wszystko, co te porady zawierają, słono kosztuje.

Wnioski z tego płyną niebagatelne. Skoro wieczór panieński w swej najnowszej, rozpasanej wersji jest swego rodzaju damską rebelią i sposobem na prowokacyjne zaakcentowanie emancypacji kobiet w sferze publicznej, to owej emancypacji wcale nie prowokują zainteresowane nią kobiety. To po prostu mechanizmy kultury konsumpcyjnej - zainteresowani producenci, handlowcy i spece od marketingu - przesądzają dziś o dalszej emancypacji kobiet w sferze publicznej.

Wieczór panieński w formie bachelorette party to w sumie fenomen wywołany przez przemysł związany z usługami i gadżetami, które w czasie imprez można upłynnić. A zatem za zamianę nudnych nasiadówek w stylu panieńskiego prysznica na dziki wieczór młodych dam w klubie ze striptizem wcale nie są odpowiedzialne kobiety, którym - być może, jak niektóre sugerują - wcale ganianie po mieście i upijanie się na pokaz nie odpowiada, tylko producenci i usługodawcy, którzy zwietrzyli w tym znakomity interes.

Obok bycia naciąganą na obyczajową rebelię przez producentów zabawek rebelii tej służącym, nowy wieczór panieński ma również swoje pozytywne strony, o których koniecznie trzeba powiedzieć. Okazuje się bowiem, że jest on znakomitym pretekstem do zawiązywania mocnych damskich koalicji. Więź ta oparta jest na wspólnej tajemnicy, skrzętnie skrywanej przed mężczyznami oraz innymi kobietami. Tajemnicy na temat tego, co wyprawiały w trakcie przedślubnej nocy.

Okazuje się, że najprawdopodobniej dopiero teraz w historii naszej kultury, dopiero w momencie, kiedy zyskały prawo do samodzielnego występowania i bawienia się w sferze publicznej, kobiety mają okazję do posiadania wspólnych „realnych" tajemnic przed facetami.

Być może stanie się to przyczyną większej damskiej solidarności. I chodzi tu raczej - w przypadku nie nazbyt dzikich wieczorów panieńskich, w przeciwieństwie do rzadszych, orgiastycznych CFNM - o niedopowiedzenia, a nie o jakąś mroczna, tajemnicę czy poważne przewinienie.

Chodzi o to, że on nie wie, co ona robiła w czasie wieczoru panieńskiego, że nie jest tego pewien. Jeżeli byłby pewien, to cała tajemnica umyka szybciutko wraz z rychłym ślubem...

 

Dodaj komentarz
Kod antyspamowy Odśwież