Mniejszy wcale nie musi oznaczać gorszy, choć w przypadku Mitsubishi ASX bardzo szybko okazało się, że trzeba wprowadzić zmiany stylistyczne i głośno o nich poinformować cały świat. Zaledwie dwa lata po rynkowym debiucie producent zdecydował się na facelifting. Czy faktycznie są one potrzebne? Przyglądamy się modelowi jeszcze przed zmianami z silnikiem diesla o mocy 150 KM.

 

To nie będzie odkrywcze jeśli stwierdzę, że bryła Mitsubishi ASX od samego początku nie wybiegała mocno w przyszłość. Stonowane oblicze sprawiło, że tak naprawdę na drodze w tłumie innych aut ASX ginie, a postawiony wśród konkurencji wygląda tak jakby był prehistorycznym gadem. W przypadku Mitsubishi taktyka niemieckiego Volkswagena dedykowana modelowi Golf po prostu się nie sprawdziła. Jednak w tym ascetyzmie można odnaleźć sporo zalet. Po pierwsze możemy spać spokojnie w nocy. Po drugie mała ekstrawagancja w końcowym rozliczeniu ze względu na specyfikę produkcji wymyślnych części karoserii może kosztować tyle co kot napłakał, a po trzecie im prościej tym lepiej. Ma to zastosowanie nie tylko na zewnątrz ASX-a, ale też w środku.

Na początku czułem się tam jak w trumnie, której wieko jest delikatnie uchylone i przez zostawioną szparę wpadają promyki słońca. Te promyki pojawiają się wraz z dłuższym przebywaniem w modelu ASX. Zaczynamy doceniać takie wykończenie. Spasowanie elementów plastikowych nie pozostawia żadnych złudzeń, że wydaliśmy na samochód 100 tysięcy złotych. Gabaryty zewnętrzne nie wskazują na to, że w modelu ASX znajdziemy sporo miejsca. Jednak rzeczywistość zaskoczy nas pozytywnie. Dotyczy to każdego zakątka pojazdu. Z przodu kierowca czuje się naprawdę komfortowo. Pod ręką wszystkie niezbędne przełączniki tak proste w swoim użyciu, że nawet dziecko sobie z nimi poradzi.

Prostota urządzonego wnętrza modelu ASX po prostu powala na kolana. Nie trzeba z niczym się wysilać. Nawet przełączanie napędu odbywa się przy pomocy pokrętła umieszczonego między przednimi fotelami. Może ten drążek zmiany biegów jest nieco przydługi, ale taki już jego urok. Musicie to zaakceptować. Z tyłu naprawdę komfortowo. Jedynie tylny słupek ogranicza spoglądanie na świat. Jest jak napakowany ochroniarz z klubu nocnego, który aby dorobić chce stoczyć wieczorem walkę w klatce niczym lew. Na szczęście nad głową i na kolana wygospodarowano sporą przestrzeń. Co do bagażnika to nie jest on rewelacyjnie duży, za to ma podwójną podłogę, w której możecie upchnąć wszelkiego rodzaju szpargały łącznie z tak ważną apteczką samochodową.

Reklama

To co najciekawsze w testowanym modelu to silnik diesla DI-D o mocy 150 KM i wysokim momencie obrotowym wynoszącym 300 Nm. Takie zestawienie gwarantuje nam płynne przyspieszenie oraz jazdę po mieście bez konieczności częstego wachlowania drążkiem zmiany biegów. Zaskakująco niskie zużycie paliwa wynoszące 5,8 litrów na 100 kilometrów nawet przy korzystaniu z napędu 4WD cieszy oko. W środku jest w miarę cicho, jednostka pracuje ze sporą dawką kultury. Nie narzuca się warkotem, a podczas podróżowania z maksymalnymi obrotami do środka dociera raczej szum wiatru aniżeli jej wysilona praca. Podczas jazdy po asfalcie niepokoi jedynie zbyt głośna praca zastosowanych opon, ale już pierwszy rzut oka na nazwę powoduje, że do głowy dociera myśl o ich najszybszej wymianie. Po prostu są głośne i już. Warto jeszcze zająć się zawieszeniem, które naprawdę świetnie sobie poradziło zarówno na asfalcie jak i podczas jazdy po dziurach. Jego praca o neutralnym sposobie powodowała, że u kierowcy pojawiała się duża dawka zaufania do możliwości samochodu. I niech tak zostanie. Ponadto pamiętajmy o tym, że nasz pojazd ma zabezpieczony silnik osłoną co dodatkowo pozwala na małe szaleństwa w terenie. Pamiętajmy przy tych szaleństwach, że to nie jest jednak terenówka, tylko SUV-ik.

Mitsubishi ASX to taki mniejszy Outlander. Konstruktorzy udowodnili, że można stworzyć samochód, który mimo wysokiej ceny znajdzie swoich zwolenników. Osobiście nie stroniłbym od stonowanej linii nadwozia. Ma to wiele zalet. To samo dotyczy prostego, ale funkcjonalnego wnętrza bez żadnych fajerwerków. Może przydałoby się tylko trochę więcej ożywiających dodatków. Tylko nie pseudo drewnianych... Coś bardzo naturalnego, skromnego i ascetycznego jak sami Japończycy.

Sławomir Herman
Dodaj komentarz
Kod antyspamowy Odśwież