Łączenie się w pary jest dla naszego gatunku zjawiskiem dość powszechnym i mimo pewnych wyłomów na przestrzeni dziejów, zachodzących w różnych kulturach, możemy mówić tu nawet o zasadzie. Jednak czasem bywa i tak, że nie w każdym przypadku są to związki szczęśliwe. Zależnie od uwarunkowań dochodzi też czasem do likwidacji takich związków. W naszej strefie kulturowej najczęściej mamy do czynienia z rozwodem.

 

O istocie rozwodu i jego przyczynach pisaliśmy już kiedyś w artykule "W drodze do rozwodu". Przypomnijmy, że według prawa polskiego przesłanką rozwodu jest trwały i zupełny rozkład małżeństwa (Art. 56 § 1 Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego). Mimo istnienia wszystkich przesłanek dopuszczalności rozwodu, nie można go udzielić, jeżeli z jego powodu ucierpiałoby dobro małoletnich dzieci lub jeżeli udzielenie rozwodu byłoby sprzeczne z zasadami współżycia społecznego (Art. 56 § 2 Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego).

Kościół katolicki nie przewiduje możliwości rozwodu w przypadku zawarcia ślubu kościelnego; istnieje jedynie możliwość stwierdzenia nieważności małżeństwa w dowolnym czasie jego trwania. Oznacza to w przypadku par, które zawarły ślub kościelny i cywilny, że po rozwodzie - uzyskanym na gruncie prawa świeckiego - ich małżeństwo (w rozumieniu prawa kanonicznego) wciąż trwa, a więc ponowne zawarcie ślubu kościelnego jest niemożliwe.

Mimo to ciągle łączymy się w pary i bardzo często rozstajemy. Rozstania bywają burzliwe, ale i zdarzają się dość spokojne. Zazwyczaj jednak nie patrzymy na konsekwencje naszych decyzji - tych wcześniejszych, jak i ostatecznych. A bywają one różne.

Wyniki przeprowadzonej w roku 2011 przez Fundację Mamy i Taty kampanii społecznej pokazały, że 84% Polaków uważa zjawisko rosnącej liczby rozwodów za drugi po narkomanii (91%) poważny problem społeczny. Poza tym wykazano iż w wyniku trwającej półrocznej kampanii wzrosła z 68% do 78% liczba osób deklarujących świadomość negatywnego wpływu rozwodu na stan zdrowia dziecka oraz z 67% do 73% wzrosła liczba osób uważających, że obecnie ludzie zbyt pochopnie podejmują decyzję o rozwodzie.

 

Reklama

 

Jak żyć?

I tu każdy ma swoją, wydawać się może, niepowtarzalną receptę. Są tacy, którzy cieszą się wolnością, chociaż przez jakiś czas, bo nie wiedzieć czemu większość z nich po pewnym czasie wiąże się ponownie z inną osobą, ale są też tacy, którzy przeżywają ten fakt bardzo intensywnie, niejednokrotnie popadając w depresję, czy nawet sięgają po rozwiązania ostateczne.

 

Nie ma idealnej recepty. Każdy z nas reaguje inaczej. Każdy chce szczęścia i inaczej do niego dąży. Niestety nie każdemu wystarcza sił.

 

Rzadko kiedy porady innych będą skuteczne dla nas. Warto jednak znać zdanie ludzi, którzy już przez to przeszli i opowiadają jak sobie z tym radzą. To pobudza wyobraźnię i pozwala na chwilę zastanowienia się nad tym jak to może być i czy warto, czy trzeba?

I właśnie w tym momencie kilka takich wypowiedzi zacytujemy. Większość poniższych treści sformułowana została przez kobiety, które jak widać są w tej materii bardziej wylewne niż faceci.

 

„Jestem dwa lata po rozwodzie, mam syna....rozwód był najmądrzejszą rzeczą jaką dla siebie zrobiłam, tak bardzo się bałam, myślałam boże 10 lat ...tyle lat mojego życia... ciekawe że kobietom szkoda kilku lat a nie myślą i nie szkoda im tych lat które przed nimi, pierwsze dni były straszne zasypiałam z wizją samotności przeokropnej , bałam się ze jestem 30 letnią kobietą z dzieckiem i siwizną na skroniach....dziś jestem bardzo szczęśliwą 30 letnią kobietą , zakochaną po uszy z nowym cudownym mężem zakochanym nie mniej, ze szczęśliwym uśmiechniętym, najważniejsze spokojnym synem, nowy mąż jest kilkakrotnie przystojniejszy i fajniejszy niż poprzedni...czuję się jakby tych 10 lat w ogóle nie było..."

 

„Moja siostra jest 20 lat po rozwodzie i cały czas nie może zapomnieć, że jeden etap życia ma za sobą. Niestety jest zgorzkniała, zawistna, ciągle czuje się skrzywdzona przez los i zawsze ma pretensje o to do wszystkich, ciągle miesza w rodzinie, mąci ...., aż wstyd o tym pisać, ale tak naprawdę to wszyscy maja jej dosyć. Piszę to dlatego, że nie warto ciągle rozdrapywać ran, bo człowiek stanie się takim jak wyżej".

 

„Ja mam nadzieję być niedługo po rozwodzie. Wiecie co, choć to piekielnie trudne udało mi się już w tej chwili rozdzielić dwie sprawy - my jako rozwodzący się i my jako rodzice wspólnych dzieci (jest ich dwoje). Świadomość, że do końca naszych dni - moich, jego będziemy rodzicami wspólnych dzieci i fakt, że one w żaden sposób nie są winne rozwodowi a chcąc nie chcąc siedzą na "ruinach rodziny" pomaga mi nawet wtedy gdy zachowanie drugiej strony przekroczyło już granice przyzwoitości na trzymanie tych dwóch spraw osobno. To ciągły proces panowania nad emocjami, patrzenia z szerszej perspektywy na reakcje ad hoc. Czasem co smutne, że trzeba "dorosnąć" za dwoje. Zawsze jest jutro. Dobrze wierzyć, że lepsze. Pozdrawiam".

 

„Z własnego doświadczenia wiem, że wszystko z czasem się samo układa na nowo. Mam męża, dzieci, normalne życie, a tamto małżeństwo.....byłam młoda, niedoświadczona, obydwoje zrobiliśmy błąd. I tyle. Im mniej o tamtym myślę, tym lepiej mi. Życzę tego innym. A doświadczenia z tego okresu? Są różne. Najważniejsze, że teraz jest OK, a nawet bardziej niż OK".

 

„Co prawda nie jestem po formalnym rozwodzie - w świetle prawa nazywa się to sadowa separacją. To trwa już od 5 lat. Nie dałam mojemu byłemu rozwodu na jego warunkach /tzn. bez orzekania o winie/ dlatego sprawa rozwodowa skończyła się niczym po prawie 2 letnim procesie. Zostawił mnie i dwoje naszych dzieci 5 lat temu i odszedł do kochanki młodszej od niego prawie o 18 lat. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego gdyby nie fakt ze odszedł zaledwie w 2 miesiące po mojej chemioterapii. Walczyłam wtedy o życie i oczekiwałam wsparcia od najbliższych. To był kubeł zimnej wody - zrozumiałam wtedy że tak do końca to chyba nie stanowiliśmy szczęśliwego związku. Dzisiaj z perspektywy paru lat muszę powiedzieć że żałuję, żałuję że tak późno się rozstaliśmy. Teraz jestem sama z 2 dzieci - jest mi ciężko, czasami bardzo ciężko ale jakoś sobie radzę. Nie wiem czy jestem szczęśliwa, ale na pewno jest mi lepiej niż tkwienie w "chorym związku" Ponoć nieszczęścia cementują związki - w naszym przypadku było odwrotnie, ale nie ma tego złego... choroba pomogła mi poznać kogo kochałam i z jakim człowiekiem żyłam pod jednym dachem..."

 

„Jestem po rozwodzie 1,5 roku, dla mnie to było wyjątkowo ciężko bo nie mam w tym kraju nie kogo, tylko małą córeczkę i myślę że tylko dla niej jeszcze żyję. Kiedyś on był całym moim światem teraz jestem sama w swoim świecie nie takim kolorowym, co jest najgorsze to że każdy facet którego spotykam jest kolejnym dupkiem który chce cię wykorzystać".

 

„Ja myślałam.......że podział majątku, alimenty, że wszystko mi się należy po rozwodzie. Życie zweryfikowało tamte poglądy i wiem, że tamto moje postępowanie było NAGANNE. Teraz mi wstyd. A kiedy przychodzi ojciec moich dzieci, żeby je odwiedzić, chcę mu wyznać, jakie świństwo mu zrobiłam. Wszystkim, jemu, sobie, dzieciom, rodzinie, znajomym. Tylko nie mam odwagi. Nie życzę nikomu rozwodu, ale jeśli do tego dochodzi, jestem zdecydowanie za ugodą. Bo kiedy się idzie na wojnę, ja tak zrobiłam, to koszty są wielkie. Mój rozwód trwał dwa lata i jak wyliczyłam kosztował mnie 33 tysiące złotych. Z podziału naszego majątku nie zostało mi tak wiele, jak sądziłam. Chociażby dlatego się warto zastanowić. Nie wspominam już o kosztach psychicznych, terapii itp. O kosztach dzieci, jakie poniosły. Moją postawą w tamtym okresie odstręczałam mężczyzn. Wiem dziś, że nie warto. Straciłam co najmniej 5 lat. Na szczęście zrozumiałam swój błąd, swoje błędy. Teraz mam jako takie stosunki z ojcem dzieci, jestem w związku, niesformalizowanym, ale juz sporo trwającym. Dzieci też już mi wybaczyły, "jak mamusia nimi grała", przynajmniej tak mówią. Mówię to z perspektywy czasu.......bo mam już 42 lata i kilka lat wyjętych z życia..."

 

„Chodzi o to, żeby dogadać się, kompromis.... a tu namowa do mataczenia, kręcenia i kłamania....... byle tylko zyskać na tym materialnie. I to z mojego punktu widzenia, jako filozofa, jest godne potępienia. Mi nie chodzi o to, żeby zawsze mówić TAK, ale o zaznaczenie swojej granicy ustępstw.... i szukanie jakiegoś rozwiązania, jeżeli nie potrafią się osoby dogadać we dwoje, to może lepiej znaleźć jakiegoś negocjatora, do którego oboje mają zaufanie a w sądzie przedstawić właśnie te ustalenia..."

 

„Witajcie Kobietki. Związałam się z rozwodnikiem, jest nam naprawdę dobrze, przeraża mnie wizja jego ex małżonki, która stale uważa, "że ma do niego prawo". On oczywiście nie chodzi dookoła jej paluszka. Rozstali się ponieważ ona wyjechała do Anglii i już nie miała ochoty wrócić. Wróciła, ale z innym mężczyzną... niestety tylko na czas urlopu. Mają dziecko, które zostawiła i on przez 3 lata wychowywał, pomagali mu jego rodzice. Pewnego dnia znowu przyjechała, wymusiła na nim podpisanie zgody na wyjazd dziecka za granicę. Miały wyjechać za kilka dni, ale niestety następnego dnia dowiedział się, że dziecko właśnie jest w samolocie- w drodze do Anglii, a ona tutaj. Na miejscu odebrał córeczkę znajomy mamusi.
Piszę do Was bo potrzebuję rady. Są już po rozwodzie, są wyznaczone alimenty, oboje rodzice mają prawa do dziecka, miejsce zamieszkania dziecka- przy matce. Niestety ostatnio nęka nas telefonami, że wytoczy sprawę o podwyższenie alimentów, grozi, że będzie się domagać 75% jego poborów. Wydaje mi się, że nie jest to możliwym, ale właśnie tak wysokie alimenty zostały mu zasądzone. W Anglii przecież są całkiem inne realia, inne pieniądze. Czy Wy Drogie Kobietki możecie podpowiedzieć mi coś. czy jest możliwym aby sąd zgodził się na owe 75%?"

 

„Cześć, mam 30 lat i właśnie się rozwodzę. Byłem z moją żoną bardzo szczęśliwy 7 lat. Po czym ona stwierdziła że ma dosyć życia rodzinnego. A potem znalazła sobie nową pracę, romans z szefem 20 lat starszym i wyprowadziła się do niego. Zostawiła mi wszystko (dziwne prawda), ale ja ją cały czas kocham i nie mogę wyjść z szoku i pustki po niej. Mam przyjaciół, rodzinę (nawet jej rodzina utrzymuje kontakt ze mną a nie z nią) ale nie wyobrażam sobie być z inną kobietą.  Jakoś nie mogę sobie z tym poradzić".

 

„Ja nie jestem po rozwodzie, ale opiekowałam się moją przyjaciółką po rozwodzie. Właściwie nie wiem czemu za niego wyszła 7 lat starsza, on jeszcze student, potem on zdradzał ją ze studentkami. Ona się dowiedziała i wybaczyła, drugi numer skończył sie rozwodem. Zresztą chyba też skończyłby sie rozwodem nawet gdyby nie zdradzał. Po prostu marnowali nawzajem swoje życie... Teraz ona jest z kimś, on ma rodzinę, ich spory przycichły, wszystko jest w miarę OK. Po prostu są w życiu chwile olśnienia, w których wychodzi na to, że spędzenie reszty życia z tą osobą to czyste marnotrawstwo. I nawet nie wiem czy to przypadek wyrywa z tej małżeńskiej stagnacji, ale trzeźwe na nią spojrzenie". Pozdrawiam

 

„Tak. Ja jestem po rozwodzie 6 lat. I co z tego? mieszkamy w jednym mieszkaniu to znaczy niby jestem sama z dziećmi ale on przyjeżdża na święta i wakacje. Jemu ciągle sie wydaje że my dalej razem jesteśmy. W sumie to trochę moja wina. nie sypiamy ze sobą ale poza tym jest tak jak byśmy byli razem. Powód? Mieszkanie jest na niego poza tym dzieciom i mnie niczego nie brakuje. Chore! Wiem, bo niby jestem po rozwodzie a dalej mam męża, którego nawet nie lubię. Nienawiść minęła juz dawno została obcość. Wiem że mogę to zmienić wyprowadzając się, ale z wygody tego nie robie. Z czystej wyrachowanej wygody. Zawsze myślę kiedy ma przyjechać, że te kilka dni jakoś zniosę. I kilka dni jakoś się znosimy nawzajem".

 

„No, niestety każdy przez to musi przejść. Ten strach, jak to będzie dalej? Wszystko nieznane. Chyba każda z nas miała taki moment, całkowite zwątpienie, nakłada się na to strach i ten ból, że mężczyzna, którego kochałyśmy, odchodzi, nie kocha mnie.... paskudne czasy. Z tym, że zawsze znajdowałam w sobie jakąś silę, żeby jak mantra powtarzać: coś się kończy a coś zaczyna. I zaczęło się nowe, ciekawe, samodzielne i niezależne MOJE życie. A z czasem jakoś mężczyźni stali się bardziej interesujący, przestałam ich nienawidzić... ale to dopiero po pewnym czasie".

 

„ Gdybym ja się rozwodziła, też wybrałabym krótko i w sposób jak najmniej bolesny. Jednak są kobiety, które lubią się szargać po sądach. Pewna moja znajoma zamiast prostych dwóch rozpraw i bez orzekania o winie, odstawiła taką szopkę, że rozprawy były 4 i sąd orzekł winę obojga małżonków. A chodziło tylko o to, żeby mogła dostać alimenty. Wytoczyła swojemu mężowi sprawę i przegrała. Oliwa jednak sprawiedliwa bo żoną była taką...że pożal się Boże... Zresztą praktyka sądowa zna wiele przypadków ludzi, którym wszystko przeszkadza, bądź wszystko się należy...takie ofiary losu, systemu i świata".

 

„Ja miałem kilka lat temu rozwód bez rozwodu (rozpadł się nasz 12-latni związek), więc wiem, jak to jest i mężczyźni tak samo to przeżywają, chociaż może odrobinę w inny sposób".

 

„Zawsze w trakcie rozwodu, jeśli myślimy o dziecku, pojawia się poczucie winy, może mogłabym dalej tak żyć? Ale jeżeli życie jest szkaradne, to po co nam one, skoro można zapewnić sobie i dziecku spokój? Ja właśnie z myślą o dziecku wzięłam rozwód, ono widziało, że w niczym nie możemy się zgodzić i nawet wieczorna kolacja to powód do awantury. Któregoś dnia powiedziałam sobie, chcę, żeby mój syn nie żył w takich nerwach, nie był taki pobudliwy. Mnie już z mężem wtedy niewiele łączyło. Dałam radę, przeszłam przez rozwód i teraz jestem szczęśliwa z nowym mężczyzną, nowym dzieckiem. To racja, że dwie osoby ponoszą odpowiedzialność za rozpad związku. Zawsze tak jest, czasem tylko zdarzają się osoby, które nie widzą swojej ręki przyłożonej do rozpadu. I według mnie nie ułożą sobie życia, jeśli nie zrozumieją tej oczywistej w końcu prawdy. Bo, jak patrzę na jedną moja znajomą, je tylko emocjonalnie spala, ja byłam świetną żoną i dobrą matką, a on mnie zostawił. Nie widzi swojej winy: wiecznego narzekania, chęci rządzenia, przywiązywania sprawy do w gruncie rzeczy drobnostek (prasowanie, gotowanie i sprzątanie), a braku zrozumienia dla jego potrzeb emocjonalnych (kwitowała to: nie masz racji, ja wiem lepiej). Smutne to i smutne, że nadal taka jest..."

 

„Do mojego ex: ty pieprzony chamie! bardzo ci dziękuję, że mnie zdradziłeś ,bardzo ci dziękuję, że doprowadziłeś mnie do stanu kiedy to miarka się przebrała i wyrzuciłam cię z domu, bardzo ci dziękuję bo w tej chwili jestem tak szczęśliwa, że każdy dzień wydaje się snem bardzo ci dziękuję i powiem ci to kiedyś na ulicy: TAK WYGLADA MOJE ŻYCIE PO ROZWODZIE".

 

„Bardzo trudno zamknąć jest ten etap życia i takie kiepskie dni zdarzają się, niestety. Może inne kobiety maja inaczej? Ja nie mieszkam z moim eks już 5 lat i też mi się zdarzają takie dni i noce kiedy nie mogę zasnąć. Takie wydarzenia w naszym życiu rujnują nam system nerwowy. Mnie też wracają wspomnienia i cholera te dobre a nie złe, może dlatego, że przez bardzo długi okres naszego małżeństwa byliśmy bardzo udanym małżeństwem i wiele osób nam tego zazdrościło".

 

„Wszystko runęło jak domek z kart, więc te fundamenty widocznie nie były takie mocne skoro tak się stało. Nie szukam winy w sobie, próbuję zrozumieć dlaczego do tego doszło, gdzie popełniliśmy błędy, w którym momencie rozminęliśmy się skoro do samego końca było ok. Nie było kłótni, nieporozumień, a na dzień dzisiejszy próbuję odciąć się od niego i mi nie wychodzi. Rozmawiamy normalnie, jak starzy przyjaciele, mam pomoc finansową, niewielką ale jednak.... Nie zagrało coś, kryzys wieku średniego również pojawił się .Tylko nie znalazł sobie młodej laluni a kobietę w podobnym wieku do mojego -niewiele młodszej. Wiec to nie była chęć odmłodzenia się przy jakiejś gówniarze".

 

„Ta larwa mojego ma trójkę dzieci i z nikim nigdy ślubu nie miała. Bezmózg totalny, jak on mógł czegoś takiego się czepić! Facet, który miał poukładane w głowie nagle coś tak mu odbiło. Fakt, że wyszedł z domu tak jak stał. Pozbył się całego dorobku życia! Bardzo honorowo postąpił. Wiem, że bardzo tego żałuje, przypłacił to chorobą serca".

 

,,FACET ŻONATY JEST JAK TRĘDOWATY "- lepiej omijać takiego pana szerokim łukiem , to tyle i aż tyle..."

 

„Do mojego męża w podziękowaniu:
Kochany mój, chciałabym Ci powiedzieć kilka słów na pożegnanie, jednak gdy Cię widzę mam wielką gulę w gardle, więc piszę.
Pięć lat temu uczyniłeś mnie najszczęśliwszą dziewczyną pod słońcem. Dałeś mi swoją miłość w postaci obrączki. Powiedziałeś, że mi przychylisz nieba, że dla mnie zerwiesz gwiazdkę z nieba. Ja chciałam tylko, abyś był ze mną do końca. Ze śmiechem stwierdzałeś wtedy, że jestem głupiutka. Chciałam tylko Twojej miłości i wierności, szacunku... Niczego więcej... Jednak żona Ci spowszedniała. Znalazłeś młodszą, atrakcyjniejszą, mówiłeś, że nie umiesz bez niej żyć. (mi też to kiedyś powiedziałeś) Nie mam do Ciebie żalu, wręcz przeciwnie, bardzo Ci dziękuję Kochany. Dziękuję, że teraz patrzysz na mnie jak teatralny widz, to nic... to nic... Świetnie sobie radzę, wiesz? Nawet polubiłam moją pracę. Spędzam tam po 12 godzin każdego dnia. Nawet w niedziele. To mieszkanie na Mokotowie - tak, te ruiny, które mi zaproponowałeś, odnowiłam i wygląda teraz jak w pałacu. Dziękuję. O wiele lepiej mi tu, niż w naszym domku z ogródkiem na działce, którą dostaliśmy od moich rodziców. Kupiłam sobie kota. Śpi w moim łóżku. Jest taki fajny. Nie marudzi przy obiedzie, zawsze na mnie czeka. Dziękuję, że swoim odejściem pozwoliłeś mi odżyć. Wcale nie tęsknię. TO by było na tyle. Teraz muszę skończyć pracę i dopić lampkę wina, za to, że marzenia się nie spełniają".

I można by tak jeszcze przez wiele godzin, dni, tygodni... Ale po co? Jak widać nie jest raczej dobrze, choć w wielu wypowiedziach widoczny jest optymizm i zadowolenie. Są i obawy, ale żyć trzeba. Niemniej najbardziej intrygującym faktem wynikającym z tych wypowiedzi jest ten, że źródłem wszelkiego zła i nieszczęścia jest zawsze mężczyzna. Raz można było zauważyć rozsądny głos, że zazwyczaj wina jest po obu stronach, ale każdy widzi wyłącznie winę partnera. Co jeszcze ciekawsze - mężczyźni raczej unikają publicznych wynurzeń na ten temat, to jednak wynika raczej z ich natury. Zapewne niejeden mógłby przełożyć słowa Pań na własne. Niestety nie tylko my, faceci bywamy źli. Szkoda, że kobiety nie chcą tego zauważyć, a statystyki są raczej bezstronne, że same nie są już w żaden sposób lepsze od tych złych facetów. A może i nie...? Zresztą to wszystko jest mało istotne. Najważniejsze jest to, aby każdy układał sobie życie po swojemu, a jeśli decyduje się na związek - niezależnie od płci - to żeby jednak potrafił iść na kompromis. Nigdy bowiem nie ma pełnej zgody. Każdy z nas jest inny, a małżeństwo to w wielkiej mierze - sztuka kompromisu i wzajemnego szacunku.

 

Reklama

feromony
feromony

 

Dodaj komentarz
Kod antyspamowy Odśwież