„Piter” – a czy ty przeżyjesz?

Spis treści

Życie po końcu świata nie jest łatwe. Wszyscy, którzy już zdążyli przeczytać część projektu Uniwersum 2033 - „Piter", wiedzą o tym doskonale. Nie każdego jednak wzruszają recenzje. Za zgodą wydawcy publikujemy dzisiaj osiem niezależnych fragmentów tej książki. Być może one zachęcą do przeczytania całości. Na końcu znajdziecie równiez informacje o konkursie.

 

Piter - fragment 1/8

Iwan odczekał chwilę i zanurzył się w wodzie po pas. Z początku nawet nie zauważył, że to woda - tak była ciepła i nie do odróżnienia od dusznego, rozgrzanego powietrza Tunelu Primorskiego. Podniósł automat nad głowę i zaczął powoli brnąć naprzód. W wąskiej strudze światła latarki ukazywał się a to kawałek tubingu, a to resztki sparciałych kabli. Gładź wody zdawała się nieskończona i przerażająca. W tej zielonkawej, mętnej cieczy coś się kryło. Jakieś swoiste życie. Iwan szedł, wodorosty (czy na pewno wodorosty?) owijały mu się wokół pasa. Woda przesiąkła już przez ochronne spodnie, chłód dotarł do skóry. Kroczył trzymając automat nad głową - w odblasku latarki migał rozmyty cień kałacha.

Brzdęk! Iwan zamarł.

To było gdzieś przed nim.

Przyłożył automat do ramienia, podniósł rękę i wyłączył czołówkę: pstryk. Światło zgasło. Otoczyła go bezwzględna, głęboka ciemność. Dźwięki. W tej ciemności coś chlupotało, węszyło, rzucało się, mlaskało, przeżuwało, rozrywało jakieś stworzenie na strzępy krzywymi, ostrymi zębami i szło dalej.

Iwan czekał, walcząc z pragnieniem, by włączyć latarkę i puścić serię z automatu.

Zupełnie nie w porę przypomniały mu się opowieści o krokodylach w kanalizacji i ucieczce zwierząt z ogrodu zoologicznego na Gorkowskiej. Spokojnie. Tylko spotkania z tygrysem nam tu brakowało.

Wyczekał kilka minut i włączył latarkę. To było jak powrót do domu. Człowiek może się obejść bez wielu rzeczy: bez jedzenia, bez wody, ale bez światła po prostu kładzie się i czeka na śmierć, jakby ciemności wysysały z niego ostatnie siły. Iwan poruszył głową. Zielonkawa woda przyjemnie kołysała się w wąskiej strudze światła.

Za jakieś dwieście metrów będzie wyjście na peron. Miał nadzieję, że schody ocalały.

Zwierzęta. Najśmieszniejsze, że Gorkowską, gdzie było zoo, otworzyli akurat tuż przed tym, jak to wszystko się zaczęło. Mówiło się, że przestraszeni opiekunowie pobiegli na dół, do metra, żeby się ratować, a zwierzęta porzucili. I mówią, że na górze są tam teraz takie rzeczy... Iwan pokręcił głową, światło latarki obróciło się wraz z nim.

„Gdzie ja to coś widziałem?

Dobra, zorientujemy się na miejscu."

Stacje w petersburskim metrze zwykle budowano na tak zwanych „górkach", na wzniesieniu tunelu. Dlatego w najgłębszym miejscu wody było po pas, a bliżej Primorskiej - tylko po kostki. Iwan zwolnił kroku. Dioda mrugnęła ociężale, światło zrobiło się już zupełnie blade, trzeba było wytężać oczy.

No i masz. Baterie siadły.

Znalazł nieco bardziej suche miejsce, wyciągnął zapalniczkę i zaczął grzać baterię nad płomieniem. Rozgrzewał ją do chwili, kiedy nie dało się jej utrzymać nawet w rękawiczkach; wtedy włożył ją do latarki i wziął następną. Jeśli zrobić wszystko jak należy, baterie pociągną jeszcze ze dwadzieścia minut - zanim ostygną.

Fizykę trzeba, kurna, znać.

A potem trzeba będzie przejść na karbid. Iwan na skład karbidu z czasów budowniczych metra natknął się przypadkiem. Pewnie z pięćset kilogramów - w czterech metalowych beczkach. Taki karbid to świetna rzecz, tylko nosić ciężko. Ale światło daje najlepsze. Lampa karbidowa nie oślepia, a oświetla wszystko wokół - równym, ciepłym światłem.

Nawet dioda (Iwan syknął z bólu, kiedy metalowy korpus baterii się nagrzał), jego ukochana dioda, która nie raz ratowała go z największej opresji, jest niczym w porównaniu ze zwykłą karbidówką, jeśli chodzi o jakość światła. Schował zapalniczkę, wetknął rozpaloną bateryjkę do latarki i zatrzasnął pokrywkę. I dopiero wtedy zaczął machać ręką - kurna. Noż kurna! Jednak poparzył sobie palce.

Białe światło, nieco bardziej przyćmione niż zwykle, wytrysnęło z latarki. Iwan zmrużył oczy. Podmuchał dłoń, zacisnął palce, rozluźnił. Przed oczyma migotały mu ciemne plamy. Boli - trudno. Trzeba ruszać, póki jest jeszcze światło.

Założył hełm, ściągnął pasek - nie od razu, palce go nie słuchały. Szybciej, szybciej. Huczało mu w skroniach.

Maksymalnie dwadzieścia minut. Potem jeszcze raz podgrzać. I wtedy jakieś piętnaście minut, jeśli dobrze pójdzie.

Trzeba zdążyć.

Zarzucił automat na ramię i pobiegł chlupiąc wysokimi butami. Zna drogę do listwy wyznaczającej koniec peronu - potem trzeba będzie ostrożniej.

Tunele walą się od ciągłej wilgoci, można zwyczajnie oberwać w ciemię kawałkiem tynku. Dobrze, że maszyny wypompowujące wodę z tuneli wciąż działają. Tak mówił wujek Jewpat, a jemu Iwan wierzył. Huczenie, które było słychać w niektórych przejściach... „Słyszysz" - mówił wujek Jewpat i wieloznacznie podnosił gruzłowaty palec.

Jest i listwa.

Ppodniósł głowę i oświetlił czarno-biały pas metalu, zardzewiały od upływu czasu. Kapała z niego woda. Kap. Kap.

Kiedyś to właśnie za tę listwę trzeba było biec, jeśli spadło się z peronu na szyny. Pociąg nie jedzie dalej niż do listwy, to punkt orientacyjny, za nim jest bezpiecznie. Powinny tu być schody. Zmrużył oczy. Aha, są.

Gdzieś tutaj poprzednim razem widział tę rzecz.

Piter - fragment 2/8

Iwan przesunął kałacha z owiniętym szmatkami łożem lufy pod pachę i ruszył naprzód. Przed wejściem na schody zadarł głowę i uważnie obejrzał peron. Ciemna plama w świetle latarki rzuciła się w bok. Podniósł automat... nie. To tylko szczur. Przy czym zupełnie normalnych rozmiarów. To nic. Na opuszczonych przez ludzi stacjach pojawia się różne plugastwo... Ciekawe, co one żrą? Wodorosty? Pleśń? Mech, który pokrywa sklepienie stacji i gdzieniegdzie zaczął obrastać filary i ściany?

Zresztą dziwny to był mech. Całe girlandy zwisały z północnego krańca peronu, szczególnie dużo było ich w prawym tunelu, gdzie zwisały do samej wody. Nie, tam nie pójdę. Nawet nie proście.

Upewniwszy się, że na peronie nic się nie rusza (parę razy powiódł światłem latarki po suficie), przesunął automat na plecy i chwycił za barierkę. Spod rękawiczek posypała się wilgotna, brudna rdza. Wszystko się rozpada. Wszystko ma swój koniec.

A to przecież była zamieszkała stacja! Iwan pamiętał: jeszcze niedawno, pod wysokim wygiętym sklepieniem paliły się tu lampy sodowe oświetlając czworoboczne filary, wyłożone szarym marmurem z żółtawozielonymi żyłkami. Fakt, kafelki miejscami odpadły, działała tylko co druga lampa. Ale mimo wszystko to było... przepiękne. Tam, dalej, u północnego szczytu stacji, jak wejdzie się po stopniach i skręci w lewo, zaczynają się potrójne schody ruchome. Wrota są zamknięte - sprawdzał.

A pachnie tu Zatoką. Ale nie dobrą Zatoką, jak wcześniej, kiedy na Primorskiej mieszkali ludzie, lecz złą - czarną, gdzie w głębinach żyją ogromne szare ryby i potworne półprzezroczyste stwory. Zatoka, która świeci w ciemnościach. A za dnia, kiedy jest słońce, i tak nikt nie wychodzi na powierzchnię, do miasta. Nie ma głupich.

A raczej są, ale, jak widać, niedługo się pożenią.

Iwan chrząknął.

Przeszedł przez kraty i wszedł na służbową pochylnię. Jeśli dobrze pamiętał (Iwan odwiedzał „Primę" nie raz - zarówno kiedy stacja była zamieszkała, jak i później, kiedy ją porzucono), dalej z wąskiego pasa peronu w prawo będą prowadzić drzwi do pomieszczeń służbowych stacji.

Stop. Nie śpiesz się.

Pierwsza zasada: w metrze nie ma nic stałego. Nawet w najkrótszym czasie wszystko mogło się zmienić.

Druga zasada: każda zmiana jest niebezpieczna.

Stanął na peronie. Obracając głową, przeczesywał światłem latarki otaczającą go przestrzeń. Oświetlił resztki marmurowej okładziny ściany tunelu (część kafelków odpadła, ziały tam czarne kwadratowe dziury), na wpół zgniłe worki z piaskiem, którymi blokowano przejścia między filarami, kałuże na peronie, i... no jasne.

Z półokrągłego sklepienia zwisała girlanda znajomego już szarego mchu. Wydało mu się nawet, że mech lekko fosforyzuje w ciemności. Radiacja? Wątpliwe.

Promieniowanie, sądząc ze wskazań licznika, nie było tu takie duże.

A to co za zapach? Strzeżonego pan Bóg...

Iwan cofnął się o krok, wyjął z torby maskę przeciwgazową.

GP-9, dobra, niemal nowa. Dwa magazynki nabojów kosztowała, niczego sobie. I jeszcze filtry po dwie dychy. Wściec się można, jakie są dzisiaj ceny. Za to zamiast dwóch okrągłych okularów, jak w normalnej cywilnej PG-5, i gumowego namordnika z trąbą ma duże trójkątne szkła o szerokim polu widzenia i dwa wejścia po bokach - jak chcesz, możesz wstawić filtr z prawej, jak nie - to z lewej strony. Świetna rzecz.

Odpiął pasek hełmu. Kochana dioda świeciła czystym białym światłem - szkoda, że baterie niedługo się wyczerpią. A tam jest zapasowa latarka i powrót. Niech to szlag. Iwan przykląkł na jedno kolano, rozwinął rulon z dywanikiem, położył na nim hełm, obrócił go tak, żeby światło padało do przodu, wzdłuż peronu.

Dokładnie zaczepił maskę przeciwgazową o podbródek i naciągnął ją na twarz. Oddychanie stało się trudniejsze. Teraz każdy wdech był głośny, niczym tryskające wody gruntowe, kiedy przebijają ściany tunelu. Zapach i smak tego powietrza był specyficzny: sterylny i wyraźnie chemiczny.

Filtr z czerwonym oznaczeniem: aerozole i pył radioaktywny. Półtorej godziny.

Tylko żeby to nie była podróbka. Teraz w metrze nie takie rzeczy robią. Kiedyś podrabiali kwasa, teraz filtry do masek i naboje do kałacha. Bydlaki. Iwan wspomniał, jak proponowano mu kupno dwururki i pół setki ładunków do niej. Kartacze, gruby śrut, pociski kulowe. Kosztowało to tak niewiele, że od razu nabrał podejrzeń. A potem zobaczył na nabojach ślady wypełniania dziur. I nie kupił.

Może niesłusznie. Dwururka by mu się przydała. Na to cholerstwo, które czasem wyskakuje z ciemności, ładunek kartaczy do oporu - to byłoby to. Kałach to dobra rzecz, nawet „bastard" z krótką lufą, jak jego, ale automat potrzebuje dystansu. Z bliska lepsze jest coś wygodniejszego i żeby nie trzeba było tyle celować.

Iwan zrobił parę głębokich wdechów, na próbę. To nie podróbka, normalne filtry. Pasek maski przeciwgazowej boleśnie wpił mu się w potylicę. Nie wyregulował porządnie. No nic.

Założył hełm z latarką. I zamienił się w słuch.

Gdzieś daleko kapała woda. I blisko kapała woda. Coś ledwo słyszalnie szeleściło - być może ten szczur, którego przestraszył. Kiedy kropla rozbijała się o powierzchnię wody, echo niosło głuchy odgłos.

Niby nic. Trzeszczenie tunelu - to już zwyczajna rzecz, zawsze je słychać.

To ziemia ciśnie - mówił wujek Jewpat. Służył kiedyś na łodzi podwodnej i o ciśnieniu wiedział nie ze słyszenia. Podobnie jak i o wielu innych rzeczach.

Na przykład dlaczego zaczęła się tamta wojna. Gwoli sprawiedliwości, trzeba przyznać, że prawdę o przyczynie Katastrofy zna w metrze każdy. Tylko, że każdy swoją, jedynie prawdziwą. Jak się zbiorą „staruszki", to dawaj kłócić się aż do zdarcia gardła: kto winien?

A odpowiedź jest prosta: to wy jesteście winni.

Ważniejsze jest co innego: co teraz robić?