„Piter” – a czy ty przeżyjesz?

Spis treści

Piter - fragment 3/8

Krąży legenda o tygrysie, który wydostał się z ogrodu zoologicznego i dobiegł do metra. Zdążył, włóczęga. Starzy opowiadają, że na własne oczy widzieli, jak pręgowany kot wbiega na stację, zeskakuje na tory i znika w tunelu. Jedni mówią, że tygrys pobiegł w stronę Newskiego Prospektu, inni - że w stronę Pietrogradki. Najprawdopodobniej to po prostu piękna legenda, pomyślał Iwan z żalem.

Bajka.

Tak jak i opowieści Wodianika o Hiszpanii, w której był akurat przed Katastrofą. Iwan słuchał profesora i myślał: kolejna bajka. Nie ma już, Wodianik, twojej Hiszpanii, nie ma zielonych parków Barcelony, w suchy pył rozsypały się zamki Gaudiego (Kto to w ogóle był?), odwalili kitę twoi Hiszpanie.

A u nas to może lepiej?

Na widok szerokich, wymarłych ulic Petersburga przechodzą człowieka ciarki, Kronsztad zaludniają widma marynarzy. Po Carskim Siole, z jego ogromnym parkiem i pałacem, to w ogóle zostało tylko wspomnienie.

- Były takie cukierki, batoniki - opowiadał Wodianik. - Żeby zrobić człowiekowi zdjęcie, nie mówiło mu się „uśmiechnij się", tylko „powiedz no: Mój ulubiony cukierek to »kis-kis«. No, spróbujcie tak powiedzieć... Widzicie, od razu pojawia się uśmiech. A hipopotam... taki dowcip był... jak to szło? Niech no sobie przypomnę. Był sobie wielki hipopotam i powiedział: „Mój ulubiony cukierek to batooonik". Rozumiecie? To znaczy, jak to nie rozumiecie? Coś pominąłem? Aha! Bo to były jego ulubione słodycze. Bardzo smaczne. I powiedział: batooonik. Teraz jest śmieszne? Nie? Dziwne.

Iwan uśmiechnął się niewesoło. Batooonik to też bajka.

Rozejrzał się po peronie. A oto brutalna rzeczywistość, martwa stacja.

Usłyszał za plecami głuchy, niski ryk; wzdrygnął się. Powoli się odwrócił. I zamarł bez tchu.

Przed nim stał tygrys.

Prawdziwy, jak na obrazku w encyklopedii dla dzieci. Ogromny, piękny. I biały. W zielonkawych oczach niknął poszarzały odblask światła latarki.

No to mamy Hiszpanię, pomyślał Iwan.

W pierwszej chwili niczego nie zrozumiał. Dopiero kiedy ściana zaczęła się na niego walić, przewróciła go, uderzyła w ramię, rzuciła w mętną, błotnistą ciecz, a bryzgi wody zachlapały szkła jego maski przeciwgazowej - dopiero wtedy uświadomił sobie, że coś jest nie tak.

Tygrys, myślał Iwan, leżąc na lewym boku.

Woda do połowy zalała okular jego maski. Latarka jakimś cudem nie zgasła. Widział jak w stożek światła wchodzą czyjeś nogi... nie, to nie nogi. Usłyszał własny oddech. Udało mu się. Jeszcze trochę i opanowałaby go panika... Ale woda nie przedostała się przez filtr, obliczony na gazy i radioaktywny pył, dlatego nagle zabrakło mu powietrza. I to go otrzeźwiło.

Nagle zrozumiał, że to nie była żadna ściana.

Ożeż w mordę, został zaatakowany.

W piersi mu waliło: łup, łup. A on leży na ziemi, bezradny, nie może nawet podnieść automatu. Kurna!

Wyrzut adrenaliny był tak silny, że serce zrobiło mu się ze trzy razy większe. Momentalnie wyostrzonym wzrokiem widział, jak w świetle latarki porusza się to, co wziął za nogi człowieka... Nie nogi. Macki. Blado-przezroczyste, wyginały się płynnie, jakby były z miękkiego szkła.

Iwan nawet nie zauważył, jak wstał. W jego rękach znalazł się automat. Nie zdążył o niczym pomyśleć, gdy broń szarpnęła. Ra, ta, ta. Dźwięk był taki, jakby ktoś wbijał gwoździe w żelazną beczkę.

Seria maleńkich fontann przebiegła na ukos po powierzchni wody, zahaczyła o przezroczysty walec, a ten cofnął się jak oparzony. Iwan z wysiłkiem skierował automat niżej i bardziej w lewo, i znów nacisnął spust. „Bastard" szarpnął powoli, jak we śnie - raz, dwa, policzył - i cofnął palec. W ciągnącym się niczym guma, hipnotycznie zwolnionym tempie widział, jak wzbija się fontanna wody: jedna, druga... trzecia kula wbija się w cienki przezroczysty pałąk. Pommm, plusk. Wyginający się, przejrzysty walec podobny do trąby od maski przeciwgazowej wzlatuje i skrywa się, już go nie ma.

Łżesz, gnido.

Iwan podniósł automat, przyłożył kolbę do ramienia. Przed oczami pojawiła mu się ramka celownika. Wdech. Wydech. Teraz był gotów strzelać, żeby zabić. Krew, paląca niczym kwas, pulsowała mu w żyłach. Bicie serca odzywało się w prawej skroni...

Łup. Łup.

Łup.

Chwilę później macka znów wysunęła się zza rogu. Iwan czekał. Walenie serca stało się nieznośnie głośne, niemal bolesne. Zostało mu maksymalnie pół magazynka. W pierwszej chwili, kiedy zaczął strzelać, nawet nie liczył wystrzałów. Idiota.

Gdyby otworzył ogień teraz, stwór - a było to najprawdopodobniej coś, co zamieszkało tu niedawno... przedostało się z morza? - ocaleje, zaś on straci pozostałe naboje. Do magazynka taśmą klejącą przymocowany był drugi, zapasowy, ale żeby je zmienić potrzeba będzie kilku sekund, których, co bardzo możliwe, nie będzie miał.

Co robić?

Iwan odsunął się w prawo, trzymając mackę na muszce. Czy to ta sama, którą trafił? Czy już inna? Przez sekundę poczuł dziwny ucisk na czole, jakby wzrósł ciężar ziemi nad jego głową. Wydało mu się nawet, że sklepienie stacji powoli opada. Poczuł chęć, by się schylić, położyć na mokrej posadzce, żeby nie zgniótł go ogromny ciężar.

Ożeż ty, gnido. Iwan poczuł nagle złość i to wrażenie zniknęło. Atak na psychikę, kurna. Przypomniała mu się opowieść o blokadnikach, które robią człowiekowi pranie mózgu na odległość, tak że idziesz do nich, jak królik w paszczę węża. Opowiadał o tym znajomy z Newskiego, który też „diggował" - i można było mu wierzyć. Czasami.

Tylko że ja nie jestem królik, pomyślał. Ani świnka morska.

 

Fragement 4/8

Przesunął się w prawo ile tylko można, oparł się ramieniem o marmurową ścianę. Macka opadła nagle w miejsce, gdzie stał przedtem. Aha, czyli inteligentny. To tak jak ja.

Jak mam cię dorwać? Gdzie masz głowę?

Ostrożnie, starając się nie hałasować, rozpiął pasek hełmu. Był to pomarańczowy, później przemalowany na ochronny szary kolor kask budowniczego metra. Gotowe. Macka niespokojnie dotykała posadzki, potem ściany, tam gdzie wcześniej stał. Na oślep. Iwana olśniło. Dobrze powiedziane! Macka przemieszczała się za plamą światła.

Położył kask na ziemi. Brzęk! Potem przysiadł i nieco go obrócił, tak żeby światło padało na podstawę filaru. Wyprostował się i z automatem przy ramieniu zrobił krok w prawo... jeszcze jeden. Macka wciąż badała kolumnę, zaczepiała o kafelki. Jeden z nich odpadł i rozbił się na kawałki. Klang!

Macka drgnęła, ale kontynuowała poszukiwania. Iwan czekał. Ramię na razie go nie bolało, być może ból pojawi się później. Zdaje się, że jednak porządnie oberwał.

Potem stwór najwidoczniej stracił cierpliwość. Zza rogu niespiesznie wysunęła się druga macka, kierując się tam, gdzie pierwsza. Iwan przesunął się jeszcze kawałek. Teraz pozostało zdecydować się na ostatni zryw, dobiec do rogu, wyjrzeć...

I niczego nie zobaczyć.

Dlatego że teraz to macki dysponują światłem. Kask. A bateryjki pociągną tam najwyżej pięć minut. No, dziesięć. Dioda nie żre prądu tak jak żarówka, ale nawet ona już przygasa.

Czyli czekamy.

Atak na Primorską zaczął się jakieś pół roku wcześniej. Przedtem była to zwyczajna, zamieszkała stacja, chociaż graniczna - z powodu tunelu wydrążonego w kierunku brzegu Zatoki, do sztucznego nasypu, gdzie zamierzano zbudować jeszcze jedną stację metra. Tyle że wprawdzie tunel wykopali niemal cały, ale stacji nawet nie zaczęli. I niedługo po Katastrofie ze ślepej uliczki zaczęła napływać morska woda, niezbyt czysta, napromieniowana. Było jej coraz więcej. Choć radiacja wzrosła, nie doszła do niebezpiecznych poziomów. Ale reszta...

Z początku w tunelu pojawiły się wodorosty.

Potem stwory. Odstrzeliwali je. Dopóki bezmyślnie lazły w stronę światła, nie był to problem. Potem stworów było więcej. I przybywało wody. To było najgorsze. Aż nastała chwila, kiedy Primorską trzeba było opuścić. Chociaż jej mieszkańcy trzymali się swojej stacji do samego końca. Co jednak począć?

Morze po Katastrofie to w ogóle zagadka. Cały Wszechocean to jedna cholernie wielka zagadka. Co się tam w tej żywej zupie upichciło?

O, na przykład to przezroczyste bydlę.

Iwan wciąż powoli przesuwał się ku skrajowi peronu, trzymając macki na celowniku. Sądząc po długości - miały po kilka metrów - ich właściciel musiał być całkiem spory.

„Jednak mnie załatwił z tym tygrysem - pomyślał Iwan. - Bajeczkę na dobranoc opowiedział.

A może to nie kałamarnica jest winna, tylko ten mech?" Przypomniał sobie ostry, szorstki, nieco słodkawy zapach. Dostał halunów, jak od kwasa? Wziął słabo świecące znaczki na końcach macek za oczy tygrysa. Tak?

A cholera wie.

„Może - pomyślał - źle zrobiłem, że przyszedłem tu sam. Nie digguje się w pojedynkę. Ale przecież nie jestem tu po to, żeby szukać łupów, tylko wziąć pewną rzecz.

Ale jeśli ją znajdę, to jakbym znalazł czyste złoto."

Na dobrą sprawę, trzeba by stąd spieprzać. Gdyby był z partnerem, już by się wycofał, bo tak się powinno robić. Oszczędzać ludzi, nie ryzykować niepotrzebnie.

Ale teraz jest sam. I musi dostać się do tego pomieszczenia i znaleźć ową rzecz.

Jutro będzie za późno.

Myślimy, Iwan, myślimy.

Tymczasem macki zaczęły się rozchodzić. Jedna z nich, obmacując filar, dotarła do rozerwanego w szwach starego worka z piaskiem. Raz. Złapała go i podniosła. Iwan tylko mrugnął, tak szybko się to stało.

Piasek z łoskotem wysypał się do wody. Macka cofnęła się, ale zaraz wróciła. Brudne płótno worka upadło w kałużę.

Druga macka nagle się wyciągnęła i popełzła w stronę kasku.

Iwan patrzył na słabnące światło latarki. Szkoda. Widać trzeba będzie przejść na zapasowe. Lampa karbidowa. W końcu nie na darmo taszczy ze sobą kilka kilogramów suchego karbidu...

Wtem zamarł. Właśnie!

Opadł na ziemię, przykląkł na jednym kolanie. Automat na ramię. Wyjął lampę z plecaka. To jest w sumie prosta maszynka. Miniaturowy palnik, reflektor, krzemień i metalowe kółko do zapalania, plastikowy zbiorniczek o dwóch częściach: górna na wodę, dolna na karbid. Wszystko bardzo proste.

Woda, siłą własnego ciężaru, spływa rurką i kapie na karbid. Ten syczy i wydziela gazowy acetylen, który płynie przez rurkę do palnika. Zapalamy, wkładamy lampę w specjalny uchwyt na kasku i gotowe. A bez kasku nie wolno.

Bo acetylen może wybuchnąć.